2025
1. Gliwice – Skorogoszcz 151 km
2. Bochnia – Rzeszów 180 km
3. Gniezno – Bydgoszcz 109 km
4. Tatry 84 km
5. Beskid Śląski 103 km
Gliwice – Skorogoszcz 151 km (kontynuacja Olkusz – Gliwice)
Etap 08 22.01.2025 Gliwice – Pyskowice 18 km Etap 09 23.01.2025 Pyskowice – Centawa 26 km Etap 10 24.01.2025 Centawa – Strzelce Opolskie 18 km Etap 11 25.01.2025 Strzelce Opolskie – Góra Świętej Anny 20 km Etap 12 06.02.2025 Góra Świętej Anny – Opole (Grotowice) 27 km Etap 13 07.02.2025 Opole (Grotowice) – Opole (Wrzoski) 21 km Etap 14 08.02.2025 Opole (Wrzoski) – Skorogoszcz 21 km
Etap 08 22.01.2025 Gliwice – Pyskowice 18 km
Do Gliwic dojeżdżam pociągiem. Pogoda jak na styczeń dobra, jest koło zera i do tego sucho. Na trasę Olkusz – Skorogoszcz wracam po 20 miesiącach. Chcę trochę pozwiedzać Gliwice dlatego zamówiłem sobie nocleg. Lokum trafiłem super i do tego jeszcze położone w samym rynku z widokiem na ratusz. Z dworca PKP idę ulicą Zwycięstwa, dobrze to wygląda. Widać, że Gliwice to prawdziwe „miacho”. Na początek perełka modernizmu d. dom tekstylny Weichmanna. Jest niewielki, ale to klasyka gatunku. Stał się ikoną i inspiracją dla projektantów wielu domów handlowych i to nie tylko w Niemczech. Potem UM a przed nim fontanna trzech faunów. Przed wojną żartowano, że przedstawia toczących spór burmistrzów Gliwic, Zabrza i Bytomia. To wtedy Niemcy planowali utworzenie aglomeracji Trypolis. Dochodzę do willi Caro, kiedyś rezydencji przemysłowych potentatów a dzisiaj siedziby muzeum. Zwiedzam trochę z obowiązku, bez zaskoczeń, bogaty wystrój wnętrz w stylu epoki, ale nie jest to pałac Poznańskiego. Dochodzę na stare miasto z zachowanym średniowiecznym układem ulic. Najstarszy w mieście gotycki kościół, obok stał tu prawdopodobnie niegdyś gliwicki zamek. Kolej na dwór Cetryczów, obecnie muzeum. Wchodzę, jest dość interesujący dział o historii miasta, ale mnie najbardziej zajmuje wystawa poświęcona osiedlu Wilcze Gardło. Zostało wybudowane w czasach hitlerowskich na peryferiach Gliwic dla nazistowskiej elity, którą łączyło nie tylko wspólne miejsce zamieszkania. W ramach przyjętego programu mieszkańcy podlegali zbiorowemu praniu mózgów. Imponujące, po prosto eden. Po wojnie nastąpiła kompletna zmiana. Na miejsce dotychczasowych lokatorów wprowadziło się 1600 reemigrantów przybyłych z francuskiego Nordu. I powstało tzw. Paryżewo, gdzie grano w kręgle i bule a w autobusach dowożących górników do kopalń dominowała „gwara” francuska. Kolej na neogotycką katedrę, która nie wzbudza u mnie jakiś szczególnych emocji. Wreszcie przyjemny i zadbany rynek z ładnym ratuszem. Trochę odpoczynku i spacer do dzielnicy akademickiej. Politechnika Śląska ma ciekawą historię, obchodzi właśnie 80 – te urodziny. Plany stworzenia wyższej uczelni technicznej w Katowicach były już przed II wojną, nawet wybudowano tam pierwsze obiekty. Na początku 1945 do koncepcji wrócono i powołano pierwsze wydziały Politechniki Śląskiej w … Krakowie, przy AGH. Opierano się głównie na kadrach Politechniki Lwowskiej. Pomimo różnych trudności uczelnia rozwijała się w takim tempie, że baza lokalowa, jaka była do dyspozycji w Katowicach, okazała się zbyt skromna. Poszukano nowej lokalizacji i wybrano najpiękniejsze górnośląskie miasto Gliwice. Było niezniszczone i posiadało niezbędny potencjał dla organizacji dużej uczelni. Campus to duży zwarty teren, rzut beretem od centrum miasta. Dominują okazałe nowoczesne budynki jak Wydział Budownictwa i Architektury, ale uwagę zwracają i starsze budowle np. „Czerwona” Chemia. Drobne zakupy i odpoczynek w lokum z widokiem na efektownie oświetlony rynek. Gliwice to ciekawe miejsce. Następnego dnia wychodzę o ósmej. O dziwo miało być minus parę stopni a kręci w okolicach zera i jest znośnie. Pierwsza część etapu to stare Gliwice i śluza w Łabędach. Wychodzę z rynku, opuszczam starówkę, mijam klasztor gdzie zatrzymał się król Jan III Sobieski spiesząc z odsieczą pod Wiedeń. Poranna wędrówka przez miasto utwierdza mnie w bardzo pozytywnym odbiorze Gliwic. Idę przez estetycznie zagospodarowane nowe osiedla wysokich bloków, potem drewniany kościołek z XV w. To już jego trzecia lokalizacja. Najpierw dobre trzysta lat służył wiernym na wiosce pod Olesnem, w latach 20. XX w. zakupiło go miasto Gliwice i posadowiło na cmentarzu centralnym, po niespełna stu latach został przeniesiony na obecne miejsce. Pojawiają się tereny Gliwickiej Strefy Ekonomicznej, są tu m.in. zakłady Opla i hiszpańskiej firmy ceramicznej Roca. Widać prosperitę. Zaczynają się Łabędy, kiedyś odrębna osada a przez dziesięć lat samodzielne miasto. Ciekawy barokowy kościół ufundowany przez arystokratyczny ród Welczków, których bogaty rodzinny grobowiec znajduje się tuż obok świątyni. Zwracam uwagę na mogiły miejscowych farorzy, wszystko polskie (śląskie) nazwiska tylko zapisane w niemieckiej transkrypcji. Zbliżam się do jednego z moich celów charakterystycznej śluzy w Łabędach. Jakoś się na nią uwziąłem, nie wiem do końca dlaczego, ale musiałem tu dotrzeć. Ciekawy obiekt, warto było, jest co pooglądać. Takich śluz jest na całym Kanale Gliwickim sześć, niwelują w sumie ponad 40 m różnicy poziomu wody. Kanał ma 40 km długości, łączy Gliwice z Koźlem na Odrze, powstał w latach trzydziestych XX w. i zastąpił wcześniejszy Kanał Kłodnicki. W samych Łabędach, ze względu na wykopki idę przez dzielnicę z epoki socjalizmu i muszę powiedzieć, że po kompleksowej modernizacji całość prezentuje się całkiem całkiem. Potem raz lasem, raz polami, trochę szlakiem, trochę na szagę, cały czas przy słonecznej pogodzie dochodzę do Pyskowic. Zostawiam z boku część miasta zwaną (od dworca PKP) Stara Bana, przekraczam rzekę Dramę i wchodzę do „nowych” Pyskowic, które składają się z dawnego miasteczka z zachowanym średniowiecznym układem ulic oraz osiedli z okresu PRL-u. Odwiedzam rynek, pośrodku ratusz wokół niewysokie kamienice, w sumie miłe wrażenie. Nowe Pyskowice powstały w okresie PRL-u po 1950, w założeniu miały to być takie drugie Nowe Tychy i rzeczywiście występuje podobieństwo. Z tym, że w tym wypadku zamierzenia zrealizowano tylko częściowo. Na koniec idę na plac Poniatowskiego, tam upamiętnienie poległych na wojnach mieszkańców miasta. Pierwszy obelisk postawiono za Niemca, po zakończeniu 2. wojny polskie władze zlikwidowały pomnik, w ostatnich latach umieszczono w tym miejscu tablice z wykazem 150 poległych. Kiedy je dokładnie przeglądam, to widzę, że jakieś 70% to polskobrzmiące nazwiska, pozostali to Niemcy i kilku Żydów. W sumie udany dzień, gdyby jeszcze nie to moje kolano. Zobaczymy.
Etap 09 23.01.2025 Pyskowice – Centawa 26 km
Ładny dzień. Jest koło zera, więc śnieg utrzymuje się jeszcze i nie ma chlapy. Prawie cały dzień dobra widoczność i dość słonecznie. Dopiero w końcówce trochę wiatru i lekki deszcz. Zaczynam o ósmej, polami do Pniowa, tam ruiny pałacu, potem las, pola i wieś Pisarzowice. Na horyzoncie pojawia się zbudowany z czerwonej cegły monumentalny szpital w Toszku oraz dominująca nad okolicą kolejowa wieża ciśnień. Idzie się dobrze, nie odczuwam bólu w nodze. Muszę tylko uważać na zlodzony śnieg, by nie wyciąć jakiegoś orła. Wchodzę do miasteczka, prosto na wspomniany szpital. Powstał w XIX w jako obiekt opiekuńczo – resocjalizacyjny, w czasie ostatniej wojny służył za miejsce internowania dla aliantów, a w 1945 był zamieniony na 6 miesięcy przez NKWD na obóz dla niemieckich więźniów. Ten ostatni okres to bardzo mroczna historia, z około 4,5 tysiąca osadzonych przeżyło tylko kilkaset osób. O tragicznej historii miejsca przypomina tablica umieszczona przy wejściu do szpitala. Mijam budynek d.hotelu Guttmannów. To miejsce warte uwagi z dwóch powodów. W 1899 urodził się w tym domu sir Ludwig Guttmann, światowej sławy neurochirurg oraz twórca ruchu paraolimpijskiego, a w latach 1919 – 1921 mieściła się tu komenda powstańcza i siedziba Polskiego Komitetu Plebiscytowego. Wchodzę na rynek, taki trochę z lekkim spadem, masywna bryła ratusza, w perspektywie widoczny kościół i mury toszeckiego zamku. Sympatyczne miejsce. Idę na niewielkie wzgórze, tam częściowo zrekonstruowane pozostałości zamku. Z oryginału nie ostało się zbyt wiele, więc wartość historyczna obiektu może nie jest aż tak powalająca. Nie znaczy to wcale, że miejsce to nie ma swego uroku, na pewno jest warte odwiedzin. Klimatyczny budynek na wejściu, głęboka sucha fosa, skrzydło frontowe z efektownym portalem, dziedziniec, masywna wieża, wszystko to tworzy zgraną całość i oczekiwany „historyczny” nastrój. Potem mix szlaku św.Jakuba i ścieżek rowerowych, najpierw drogą wśród pól a następnie kilka kilosów lasami. Kiedy zbliżam się do Centawy zaczyna wiać i „trochę” padać. Zwracam uwagę, że wiele budynków w tej okolicy wybudowano z użyciem kamienia wapiennego. Tak jest też w wypadku kościoła w Centawie. Ma 750 lat historii, pierwotnie drewniany, potem już wymurowany z wapienia. Obok mini park gdzie mam okazję poczytać o przywróconej przez mieszkańców Centawy ludowej tradycji wodzenia niedźwiedzia. Jeszcze kilkaset metrów i dochodzę do mojej agroturystyki, zwanej tu także bauerhofem. Jestem przecież na Śląsku 😊
Etap 10 24.01.2025 Centawa – Strzelce Opolskie 18 km
Dzień zaczynam od śniadania i miłej rozmowy z gospodarzem. Tutejszy, od wielu pokoleń. Pytam o budowanie z wapienia. Tutaj to tradycja, pokłady wapienia o grubości do 6 m zalegają zaraz pod warstwą gleby. Wychodzę normalnie o ósmej, z moją nogą jest ok. Pogoda dobra i tak będzie do końca etapu. Resztki zmrożonego śniegu, jest około zera, z każdą godziną coraz więcej słońca. Etap krótki, ale dzisiaj idzie się topornie. Do tego ma za krótkie skarpety i cholewki butów uwierają moje golenie. Kusi więc aby zmienić buty na niższe, ale wiem, że nie wolno robić takich eksperymentów. Obuwie podmienię bez ryzyka, dopiero na wejściu do Strzelec. Z Centawy idę parę km polami, po części skrajem lasu. Tak zbliżam się do Jemielnicy, przede mną wyłania się sylwetka pocysterskiego klasztoru malowniczo położonego nad dawnym rybnikiem. Na początku wsi cmentarz francuski. Dziś to zadbane miejsce z krzyżem i obeliskiem upamiętniającym około 500 żołnierzy Grand Armee, którzy ranni w bitwie nad Kaczawą w 1813 przebywali tu na rekonwalescencji. Niestety, w lazarecie pojawił się tyfus i przeżyły tylko jednostki. Jemielnica to duża gminna wieś z ponad 3 tysiącami mieszkańców i bardzo bogatą historią. Na terenie gminy 60 % deklaruje jako ojczysty język polski, 25 % śląski a 15 % niemiecki. W czasie Plebiscytu zdecydowana większość ludności opowiedziała się za Polską. Niestety, pomimo licznego udziału mieszkańców w III Powstaniu, Jemielnica pozostała po niemieckiej stronie granicy. Nastąpiły brutalne prześladowania, w wyniku których 56 osób musiało wyjechać do Polski. Dzieje wsi przez stulecia były związane z tutejszym klasztorem cystersów. Do dzisiaj zachowała się w dobrym stanie barokowa poklasztorna zabudowa. Najcenniejszym zabytkiem jest oczywiście kościół Wniebowzięcia NMP z bardzo bogatą barokową dekoracją i wyposażeniem, co wytwarza szczególną „złotą” aurę panującą w świątyni. Niestety, początek nabożeństwa ograniczył mi znacznie możliwość pełnego poznania tego wyjątkowego miejsca. Sporo czasu spędziłem natomiast na jemielnickim rynku, przy którym zachowała się praktycznie kompletna zabudowa zagrodowa. Na każdej posesji szczytami do ulicy stoją dwa połączone bramą budynki; jeden większy mieszkalny i drugi mieszkalno – gospodarczy. Jednak moją uwagę w tym miejscu skupił memoriał poświęcony poległym w czasie 1. i 2. wojny światowej. Do tej jako Polak z Kongresówki 😉 podchodziłem sceptycznie do odnawiania tych „poniemieckich” pamiątek. W Jemielnicy zrozumiałem, że problem jest naprawdę złożony i wypada go lepiej poznać. Na pamiątkowych tablicach widnieje ponad 350 nazwisk poległych w 2 wojnach. Byli to mieszkańcy Jemielnicy i najbliższych okolic. Zdecydowana większość nosiła polsko brzmiące nazwiska. Powstanie i Plebiscyt wykazały, że tutejsi Ślązacy byli bezsprzecznie przywiązani do polskiej kultury. Ginęli na wojnach, czasami po kilkoro w rodzinie, walcząc najczęściej za nie swoje sprawy. Zbierali od swoich i od obcych, od najeźdźców i od wyzwolicieli. Łomot spotykał ich z każdej strony i praktycznie na okrągło. Myślę, że słabo czujemy specyfikę Górnego Śląska. Nawet czasami myślimy, że został on utracony w wyniku rozbiorów. A przecież polityczne związki z Polską osłabły już w XIV w. Dalej wieś Dziewkowice i kolejne upamiętnienie poległych Ślązaków, potem już do Strzelec Opolskich. Na wejściu do miasta zaskakuje ładnie zagospodarowany staw. Tu chwila przerwy na zmianę obuwia. Uff! Po drodze do centrum trochę budynków z charakterystycznego wapienia. Przechodzę przez plac Żeromskiego, dalej ładny neobarokowy kościół i budynek d.browaru, następnie rynek z dominującym ratuszem i statuetką strzelca. Widać, że miasto było bardzo zniszczone w czasie wojny i teraz mimo, że zostało odbudowane i nieźle się prezentuje, to nie tego pierwiastka, który przyciągałby do niego rzesze turystów. Dalej trwale zabezpieczona ruina strzeleckiego zamku z odrestaurowaną wieżą a za nią ładnie utrzymany park, założony przez hrabiego Andrzeja Renarda. Właściciel zamku zapisał się w historii miasta jako osoba wybitnie zasłużona, był dobrym gospodarzem i doszedł do wielkiej fortuny. Zasłynął w Europie jako wybitny hodowca koni angielskich pełnej krwi, dla których utworzył stadninę we wsi Olszowa. 50 najcenniejszych okazów przebywało na stałe w masztalarni, pięknej stajni, która w zamkowym parku do dnia dzisiejszego cieszy nasze oko. Będąc w Strzelcach wypada wspomnieć o słynnym strzeleckim kryminale, przez wiele lat miał opinię najcięższego więzienia w PRL, np w latach siedemdziesiątych połowa jego pensjonariuszy była skazana za morderstwa. Kto tu tutaj nie siedział? Czytając wspominki jednego z naczelników placówki, można się dowiedzieć, że gościli tu Jan Rulewski (próba przekroczenia granicy), przyszły „konsul” Czesław Śliwa (oszust i fałszerz), twórca Bolka i Lolka Alfred Ledwig (ulotki polityczne). Strzeleckie więzienie ma też ponurą kartę. W czasach stalinowskich przetrzymywano tu i wymordowano wielu bohaterów polskiego podziemia. Do dzisiaj spoczywają w bezimiennych mogiłach.
Etap 11 25.01.2025 Strzelce Opolskie – Góra Świętej Anny 20 km
Niechętnie zakładam buty i wiem, że będę mógł je zmienić dopiero na końcówce etapu. W ciągu dnia okaże się jednak, że gdyby nie te harboły to miałbym problem z dotarciem do mety. Wychodzę punkt ósma, mijam ruiny zamku i dalej alejkami strzeleckiego parku dochodzę do zabudowań d.bażanciarni. Teraz kilka km aleją łączącą niegdyś zamek ze stadniną w Olszowej. Po jakiś 3 km dochodzę do rudery neogotyckiej wieży Ischl. Cztery piętra, kiedyś z tarasem widokowym. Wybudował ją oczywiście graf Renard. Dziś wymaga kapitalnego remontu, nowy właściciel składał krzepiące deklaracje, ale jak do tej pory obiekt jest w opłakanym stanie. Trochę wieje więc na głowie czapka i kaptur, sporo mokrego śniegu pod stopami. W oddali pierwszy raz zauważam Górę Świętej Anny, no jeszcze niezły kawałek. W Księżym Lesie super odrestaurowany budynek d.gorzelni należącej kiedyś, wiadomo do hrabiego, teraz mieści się tu nowoczesna baza zaopatrzenia rolnictwa. W ogóle wkraczam w trochę inny świat, wielkie hale i biurowce różnych firm powstałych na terenie Strefy Aktywności Gospodarczej, która jest zlokalizowana przy węźle A4. Generalnie przechodzenie pieszo przez skrzyżowania z autostradą nie jest jakąś szczególną frajdą, ale cóż do Olszowej muszę jakoś dostać. Warto było, budynki dawnej stadniny koni hrabiego Renarda są pięknie odnowione. Czerwona cegła i piaskowy wapień. Obecnie mieści się tu hotel, gastronomia i park miniatur. Potem jeszcze stary drewniany kościół i uderzam na Czarnocin. Idę lasem w kierunku kapliczki Boże Oko. To interesujące miejsce, w pobliżu znajduje się mogiła Powstańców wziętych do niewoli i rozstrzelanych przez niemieckich rycerzy. Niedaleko tego kapliczki wydarzyła się jeszcze inna tragedia. Młodszy syn hrabiego w trakcie zabawy ze swoją młodą żoną śmiertelnie się postrzelił z broni myśliwskiej. Tak na marginesie graf Renard w życiu osobistym nie miał fartu i w sumie był bardzo nieszczęśliwy. Przechodzę przez ładnie położoną zadbaną wioskę Czarnocin i zaczynają się schody. Przede mną piękna panorama okolicy, ale czeka mnie polna droga, która jest pokryta głębokim śniegiem. Nie mam wyboru, idę obok po błotnistym polu. Jak to dobrze, że mam takie buty 😊 Przemierzam właśnie fragment drogi Św.Jakuba i rzeczywiście jest tu teraz jak bywa na prawdziwym Camino. Jakoś przebrnąłem i doszedłem do malowniczo położonej wsi Poręba. Już widać klasztor. Dość mocno pod górę, pojawiają się pierwsze stacje drogi krzyżowej. Dochodzę do Muzeum Czynu Powstańczego, przed wojną mieścił się tutaj Dom Polski, bardzo ważna placówka dla obrońców polskości w tej okolicy. Zmieniam buty i dobrą godzinę poświęcam na zwiedzanie ciekawej ekspozycji. Potem dochodzę do klasztoru i tam przerywam swoją wędrówkę. Czas wracać do domu. Niebawem tu wrócę. Odcinek z Gliwic na Górę Świętej Anny okazał się rewelacyjny. Było super.
Etap 12 06.02.2025 Góra Świętej Anny – Opole (Grotowice) 27 km Po kilku dniach przerwy wracam na trasę. W drodze na Górę Świętej Anny robię postój w Opolu i 1,5 godziny poświęcam na zwiedzanie miasta. Zaczynam od katedry i tu rozczarowanie. Zamknięta. Miała być 3 miesięczna przerwa na badania archeologiczne, bo wykryto coś w czasie prac remontowych, a zabawa trwa już chyba 1,5 roku i na dobrą sprawę końca nie widać. Jest ponoć niezła afera, wierni twierdzą, że kościół jest dla Pana Boga a nie dla urzędników i konserwatorów. Przechodzę przez rynek i kieruję się do znajdującego tuż obok drugiego bardzo ważnego kościoła Świętej Trójcy. Ta przyklasztorna (franciszkanie) gotycko – barokowa świątynia skrywa w swoim wnętrzu kaplicę Św.Anny, będącą mauzoleum Piastów Opolskich. Piękny portal z okazałym herbem, w środku dwa podwójne sarkofagi. W krypcie pod nawą główną (nie miałem okazji zajrzeć) pochowanych jest jeszcze 8 książąt i 5 księżnych. Wśród nich spoczywa tu m.in. Władysław Opolczyk, postać bardzo różnie oceniana przez historyków, ale zasłużona jako fundator klasztoru na Jasnej Górze. Na pewno miejsce warte odwiedzin. Piękna słoneczna pogoda idę zatem na spacer na Wzgórze Uniwersyteckie. I tu zaskoczenie in plus. Pięknie utrzymane, wiele nawiązań do historii, rząd rzeźb czterech pór roku, widok na starówkę. Bankowo wrócę tu pojutrze. Dziś spieszę już na PKP. Na dworcu okaże się, że niepotrzebnie, pociąg IC zaliczył pół godzinki spóźnienia. Po małych problemach z dojazdem ląduję na Górze Świętej Anny i idę do domu pielgrzyma. Fajny ciepły pokój i jeszcze do tego rolada z kluskami śląskimi na początek. Piękne popołudnie, idę więc bez zwłoki do amfiteatru i mój nastrój obraca się o jakieś 180 stopni. Pomnik Powstań Śląskich (X.Dunikowski) jest zaniedbany i zaczyna się sypać. Jest mi najzwyklej przykro, przecież nie tak dawno, niecałe 4 lata temu obchodzono 100 lecie III Powstania. Schodzę na dół do amfiteatru. No, tu to jest prawdziwa masakra. Szkoda słów. Wstyd, to w tym wypadku delikatne określenie. Po prostu hańba. Pomnik Historii i miejsce upamiętnia Powstańców Śląskich, miejsce gdzie rycerscy ochotnicy z Freikorpsu zrzucali ze skały polskich patriotów. Nie mam pewności jakie są tego przyczyny. Później dowiem się, że opiekę nad tym miejscem przejęło MON i trwa procedura wyłaniania wykonawcy generalnego remontu. Zobaczymy, będę śledził jak idą prace. Dochodzę na mini rynek i po monumentalnych schodach gramolę się na klasztorne wzgórze. Brama i wejście do innego świata. Przede mną wyłania się Rajski Plac, na wprost bazylika, a z trzech innych stron krużganki z konfesjonałami dla pielgrzymów. Wyjątkowy nastrój i do tego praktycznie jestem tu sam. Wchodzę do kościoła, piękny bogaty barok, jest co pooglądać. Moją uwagę zwracają portrety grafów von Gaschin, kiedyś panów tych okolic i hojnych opiekunów klasztoru. Góra Świętej Anny to wyjątkowe miejsce, najwyższe wzniesienie Wyżyny Śląskiej z piękną panoramą na okolice, są tu i klasztor z drogą krzyżową, wzorowaną na tej z Kalwarii Zebrzydowskiej i miejsca pamięci związane z historią Powstań Śląskich. Dla Niemców to teren zwycięskiej bitwy, dla nas symbol zaciekłego oporu, który przyczynił się do przyłączenia znacznej części Górnego Śląska do Polski. Następnego dnia o 7:30 wychodzę na trasę. Zgodnie z prognozą jest ciut poniżej zera, mgła i sypie lekki śnieg. Ważne, że nie ma wiatru, więc idzie wytrzymać. Ścieżką Gaschinów idę jeszcze raz do klasztoru i zaglądam na chwilę do bazyliki i na Rajski Plac. Przy takiej aurze jeszcze bardziej odczuwa się wyjątkowość tego miejsca. Potem już w dół, przekraczam autostradę i dalej raz polami, raz lasem, przez Ligotę Dolną, Sprzęcice i Siedlec zbliżam się do Kamienia Śląskiego. Śnieg przestał padać i idzie się całkiem nieźle. Ku mojemu zaskoczeniu, okazuje się, że ta okolica ma sporo do zaoferowania, jest lądowisko dla samolotów, tor wyścigów samochodowych, hotel, strzelnica i pole golfowe. No i oczywiście teren kamienieckiego pałacu. Wchodzę od strony dawnego folwarku, niedawno kompletnej ruiny a dzisiaj imponującego Sebastianeum Silesiacum, ośrodka rehabilitacji z wykorzystaniem metod księdza Sebastiana Kneippa. Dalej już park i sam pałac. No, super to wygląda. Pięknie. Na terenie parku jest kilka tablic i można się przekonać, jaka była skala upadku i dewastacji obiektu. Pełen szacun, że znów można podziwiać ten cenny zabytek w pełnym blasku. Komnat nie mam okazji zwiedzić, ale odwiedzam kaplicę św. Jacka Odrowąża, patrona Śląska, który urodził się tutaj w 1183. Po Odrowążach zamek przejęli Larischowie, a po nich grafowie von Strachwitz. Panowała tradycja, że kolejni panowie Kamienia nosili często imię Hiacynt (Jacek). Do historii przeszedł Hyazinth von Strachwitz, zwany Pancernym Hrabią. W czasie II wojny zasłynął jako brawurowy i bardzo skuteczny dowódca jednostek pancernych SS, budzący duży respekt u przeciwnika. Po wojnie, po krótkim okresie denazyfikacji, został skierowany przez aliantów do Syrii jako doradca wojskowy. W życiorysie hrabiego pojawia się jeszcze jedna, mroczna karta. Otóż wg Zyty Zarzyckiej, w czasie walk o Górę Św.Anny, na rozkaz hrabiego, dokonano zabójstwa polskich jeńców, których wrzucono żywcem do nieczynnej zamkowej studni. Opuszczam teren zamku i mam okazję dostrzec, że Kamień Śląski to duża i bardzo ładnie prezentująca się wieś. Potem do Kosorowic i dalej jeszcze 7 km ładnymi lasami na nocleg w Grotowicach.
Etap 13 07.02.2025 Opole (Grotowice) – Opole (Wrzoski) 21 km
Zamiast w centrum Opola postanowiłem nocować na jego drugim skraju, we Wrzoskach. Rezygnuję więc z wieczornego spaceru po opolskiej starówce, ale za to jutro będę miał zdecydowanie krótszy etap. Ranek zaczynam od zabawnej sytuacji, schodzę na 7:30 na umówione śniadanie a tu nikogo nie ma i wszystko pozamykane. Dziady! Wracam do pokoju po rzeczy i po kwadransie, już na „wyjściowo” schodzę. Dalej ani żywej duszy. Pal sześć śniadanie, ale nie mogę wyjść z hotelu. Wracam na piętro i szukam awaryjnego wyjścia. Jest. Znajduje drugą klatkę, schodzę a tam na mnie czeka już śniadanie. Wczoraj wszedłem od ulicy, wejściem do restauracji i nie wiedziałem, że do hotelu prowadzi wejście z boku od podwórka. Co sobie pogadałem pod nosem, to sobie pogadałem. Do centrum Opola czysta proza, najpierw chodnikiem wzdłuż wjazdu do miasta a potem drogą technologiczną, mało ciekawą okolicą wzdłuż torów kolejowych. Ale za to wejście do samego śródmieścia super. Kiedy dochodzę do Odry przede mną roztacza się ładny widok na rzekę, most i śluzę. Do tego piękna słoneczna pogoda. Ścieżka rekreacyjna wzdłuż Młynówki, chylące się do wody stare drzewa a na drugim brzegu zieleń i zaciszna zabudowa wyspy Pasieka. Miła okolica. Tak dochodzę do Mostu Groszowego. Kiedyś trzeba było płacić myto aby przejść na drugi brzeg. Potem plac I.Daszyńskiego z monumentalną fontanną bogini (od płodności) Ceres. Lubię w miastach miejsca zaplanowane z rozmachem. Uważam, że to właśnie obszerne place, mosty, bulwary nadrzeczne, aleje i piękne parki tworzą dopiero miasta z prawdziwego zdarzenia. Opole nie jest jakąś metropolią, ale w tym rejonie naprawdę prezentuje się bardzo korzystnie. Nie mam dziś ambicji zwiedzenia Opola do spodu, dość często tu bywam, więc będę miał jeszcze wiele okazji. Dziś decyduję się na galerię Jana Cybisa i „poprawkę” na wzgórzu koło uniwersytetu. Cybis urodził się na wsi w okolicach Głogówka, w Opolu natomiast jest zgromadzona największa kolekcja jego prac. Był czołowym polskim kapistą lub jak kto woli kolorystą. Wyjechał do Paryża w towarzystwie paru innych zapaleńców, mieli kasy na miesiąc a zostali w stolicy Francji kilka lat. Artysta miał w ogóle bogate i pełne zwrotów życie. Zwany „wielkim panem polskiego malarstwa”, w 1956 został laureatem nagrody Guggenheima. Od ponad 50 lat jest przyznawane, bardzo cenione w środowisku plastyków, wyróżnienie jego imienia. W sumie duży format. Fajnie, że postanowiłem odwiedzić to muzeum. Potem okolice uniwersytetu. Nie mogłem sobie odpuścić grupy rzeźb znanych postaci kojarzonych z Opolem i festiwalem polskiej piosenki. Są Kofta, Grechuta, Osiecka i Młynarski, Starsi Panowie, Niemen. Jest Grotowski i chyba najbardziej opolski Edmund Osmańczyk. Przechodzę koło studni św.Wojciecha, wg tradycji w tym miejscu Bolesław Chrobry ufundował pierwszą opolską świątynię. Dziś stoi tu kościół zwany potocznie Na Górce. Wchodzę do wnętrza, bogaty barokowy wystrój. Zwracam uwagę na upamiętnienie Miłosza Michała Sołtysa, urodzonego w Opolu harcerza, powstańca, nauczyciela i konspiratora, który pod koniec wojny został stracony w Buchenwaldzie. Podobny los spotkał wcześniej, w 1944 jego syna Stanisława, oficera AK i cichociemnego. Był duch w narodzie. Szacunek. Pogoda ok, jest chłodno, ale bez wiatru. Trochę zdjęć i opuszczam rynek i jego okolice. Potem przedmieścia z najnowszą zabudową m.in. stadion Odry, podobno ultranowoczesny. Mijam skansen w Bierkowicach (byłem w nim w tym roku) i wzdłuż drogi na nocleg do Wrzosek. Etap krótki, ale umęczył mnie ból stopy (pęcherz od spodu). A Opole? Zdecydowanie na plus. Jeżdżę dość często do tego miasta w sprawach i sądziłem, że to taki ponad powiatowy grajdół z aspiracjami bycia „województwem”. Teraz gdy mogłem lepiej się przyjrzeć, uważam, że to dość interesujące miasto, w którym można sympatycznie spędzić parę godzin.
14 08.02.2025 Opole (Wrzoski) – Skorogoszcz 21 km
Wychodzę chwilę po ósmej, najpierw dobry km wzdłuż głównej a potem w pola i fajne chodzenie. Ładna pogoda, lekko zmrożona ziemia, więc i nie ma błota. Po godzinie przekraczam linie kolejową, dalej polami i skrajem lasu dochodzę do przypałacowego parku w Dąbrowie Niemodlińskiej. To dobre 20 ha zieleni. Park sprawia przyjemne wrażenie, z jednej strony pozostaje taki w stanie „naturalnym”, powalone drzewa i zarośla a z drugiej uporządkowane alejki, ławki i tablice informacyjne. Mam czas, mogę bez pośpiechu trochę połazić, oglądam stare dorodne dęby i cisy oraz ślady po dawnej kaplicy ewangelickiej. Co dwa tygodnie odbywało się w niej nabożeństwo, w którym uczestniczyli państwo z pałacu a także zapraszani właściciele sąsiednich Ciepielowic. W tym dniu przez park pałacowy mogli też przychodzić na mszę zwykli mieszkańcy. Ale bez przesady. Arystokraci siedzieli w oddzielonej od „publiki” loży. Potem już pałac. Pozytywem jest to, że mogę praktycznie bez ograniczeń pooglądać go od zewnątrz z bliska. W swej historii przeżywał wielkie chwile, zwłaszcza za panowania Hochbergów. Jaki jest jego stan prawny na dziś, nie jest do końca jasne. Z jednej strony tablice informują, że jest to własność Uniwersytetu Opolskiego, z drugiej teren jest otwarty a obiekt wygląda tak jakby ktoś zaczął remont ileś lat temu i po paru laty go przerwał. W każdym razie pałac prezentuje się ciekawie i ma duży potencjał. Po gruntownej przebudowie pod koniec XIX w. prezentuje styl neorenesansowy. Z detali warto zwrócił uwagę na ciekawostkę architektoniczną w postaci „poskręcanych” kominów. Od razu mam skojarzenie z pomysłami Gaudiego. Po zakończeniu rewitalizacji pałac wraz z przyległym parkiem mogą być jednym z ciekawszych tego typu miejsc na Opolszczyźnie. Potem Ciepielowice, tam popadający w coraz większą ruinę pałac. To już pewnie ostatni moment, aby jeszcze próbować jego odbudowy albo przynajmniej jakiegoś zabezpieczenia. Dalej pola i ładny las, wieś Borkowice, znowu las i w końcu Skorogoszcz. W dawnym parku popałacowym poznaję historię gmachu rozebranego po II wojnie na cegłę. Jeszcze chwila i jestem pod kościołem św.Jakuba. Dotarłem tu pieszo po 15 latach, w 2010 przyszedłem w to miejsce Drogą Nyską Szlaku św.Jakuba, by dalej iść Via Regia w kierunku Santiago. Dziś kończę trasę Olkusz – Skorogoszcz, którą zacząłem wiosną 2023. To fragment mojej pieszej A 4, prowadzącej z Przemyśla do Zgorzelca. Na dziś do przejścia pozostał mi jeszcze odcinek z Bochni do Przeworska, trochę ponad 200 km. Mam nadzieję, że tej wiosny projekt A 4 zakończę.
Bochnia – Rzeszów 180 km
Etap 01 20.02.2025 Bochnia – Brzesko 26 km Etap 02 21.02.2025 Brzesko – Zgłobice 32 km Etap 03 22.02.2025 Zgłobice – Tarnów 21 km Etap 04 23.02.2025 Tarnów – Parkosz 29 km Etap 05 24.02.2025 Parkosz – Dębica 12 km Etap 06 12.03.2025 Dębica – Sędziszów Małopolski 32 km Etap 07 13.03.2025 Sędziszów Małopolski – Rzeszów 28 km
Etap 01 20.02.2025 Bochnia – Brzesko 26 km
Kiedy zbieram się nad ranem do wyjazdu jest ponad minus 10. Do Bochni jadę pociągiem, wracam tu po trzech latach. Wtedy podążałem trasą z Kamienia Pomorskiego na Kamieniec Podolski. Na noclegu w Wieliczce dowiedziałem się o wybuchu wojny na Ukrainie a kiedy doszedłem do Biecza podjąłem decyzję aby przerwać ten projekt. Teraz zamierzam przejść odcinek Bochnia – Przeworsk i w ten sposób „zamknąć” moją A 4, czyli cały szlak z Przemyśla do Zgorzelca, którego poszczególne etapy przeszedłem już podczas moich wędrówek. Wysiadam na powstałym jeszcze w czasach c.k. dworcu, który leży przy najważniejszej galicyjskiej trasie łączącej Kraków ze Lwowem. Po paru krokach jestem przy Kocim Zamku lub jak kto woli kamienicy Pod Kozłem. Eklektyzm autorstwa Teodora Talowskiego, wybitnego architekta z przełomu XIX i XX wieku. Oryginalny budynek, warto się zatrzymać. Od strony „dworcowej” Bochnia prezentuje się korzystnie. Pomnik ofiar dwóch wojen i planty salinarne, gdzie kiedyś handlowano solą a obecnie znajduje się zielony teren rekreacyjny, z gastronomią i tężnią. Idę do szybu Campi, czyli będącej na liście UNESCO kopalni soli. Tradycja solna Bochni sięga roku 1248 i jest o kilka lat dłuższa niż słynnej żupy wielickiej. Oglądam z zewnątrz i tylko to co jest na górze. Nie mam ochoty zjeżdżać na 3 – 4 godziny 200 m pod ziemię, choć wiem, że jest tam dużo ciekawych atrakcji. Żupa solna przez kilka stuleci zapewniała dobrobyt nie tylko mieszkańcom Bochni, ale była też jednym z najważniejszych źródeł zasilających skarbiec Królestwa Polskiego. Na pamiątkę tamtych czasów w miejscach gdzie kiedyś pracowały kopalniane szyby, zostały rozstawione w mieście wózki górnicze z symbolicznym solnym urobkiem. Piękna pogoda, jest na plusie i do tego pełne słońce. Idę do parku Uzbornia, tam miejsce pamięci pomordowanych 18 XII 1939 przez Niemców 52 niewinnych mieszkańców Bochni i okolic, w odwecie za zamach na posterunek policji, dokonany 2 dni wcześniej przez partyzantów. Była to jedna z pierwszych takich egzekucji na ziemiach okupowanej Polski. Kilka dni później podobna miała miejsce w podwarszawskim Wawrze. Dalej ulica Kazimierza Wielkiego a tam modernistyczna kamienica projektu Tadeusza Rutkowskiego z oryginalną klatką schodową, plac Turka i zabytkowy gmach starostwa. Potem dochodzę do drewnianej dzwonnicy i gotyckiego kościoła św.Mikołaja, gdzie mogę podziwiać kaplicę św.Kingi, jej wystrój projektował sam Jan Matejko (miał w Bochni szwagra). Następnie hotel przy dawnym szybie Sutoris i drugi spacer po mieście. Rynek i ulica Wąska, zwana na pamiątkę pobytu wojsk carskich Zasranką. Wreszcie najstarsze ulice: Bernardyńska, Różana, Wolnica i Biała. I na sam koniec pomniki Kazimierza Wielkiego oraz Bolesława Wstydliwego i św.Kingi. Ogólnie fajne wrażenia a Bochnia to nie tylko słynna kopalnia soli. Rano wychodzę o ósmej, czuję jeszcze lekki mróz, ale potem będzie słonecznie i super pogoda do końca dnia. Na wyjściu mam okazję się przekonać, że Bochnia leży w terenie podgórskim i trzeba nieźle podrałować aby się z niej wydostać. Praktycznie cały etap idę fragmentem drogi św.Jakuba. Na mojej trasie dwie duże wioski Brzeźnica i Jasień, w obu warte obejrzenia kościoły. W Brzeźnicy drewniany z XVII w. a ten w Jasieniu sięga swą tradycją średniowiecza i był fundowany przez Spytka z Melsztyna. Tu słowo o fundatorze bowiem Spytek często pojawia się w historii tych okolic. Jako nastolatek został wojewodą, w wieku lat 20 był głównym negocjatorem unii polsko litewskiej w Krewie, orędownik ślubu Jadwigi z Jagiełłą, jeden z najbardziej zaufanych tego króla, kasztelan krakowski i wielkie panisko. Skończył tragicznie w wieku zaledwie 35 lat, trafiony strzałą, w bitwie nad Workslą. W Brzesku idę najpierw do rynku. Przed wojną było to parotysięczne miasteczko zamieszkałe przez ludność żydowską w ponad 60 %. Spotkał ich okrutny los jaki zgotowali im Niemcy. Przetrwało niewielu, wśród nich Dov Landau, jako jedyny ze swej rodziny. Widziałem film dokumentalny „Moje Brzesko” z jego wspomnieniami. W 2024 miał 96 lat. Jak kręcili film podchodził pod dziewięćdziesiątkę. Świetny dokument, sympatyczny gość. Do tej pory bardzo ładnie mówi po polsku i co najważniejsze pamięta masę szczegółów oddających klimat przedwojennego Brzeska jak i ogrom tragedii, która nastąpiła podczas wojny. W Brzesku zachował się duży kirkut, o który dba obecnie grupa społeczników. Warto jeszcze wspomnieć Henocha Klapholza, wielce zasłużonego burmistrza, który walnie przyczynił się do odbudowy Brzeska po wielkiej pożodze 1904. Spłonęło wtedy 330 spośród 400 domów a ponad 3000 ludzi pozostało bez dachu nad głową. Muzeum miejskie niestety zamknięte, trzeba wcześniej się umówić. Idę ulicą Kościuszki przy której eklektyczny ratusz z początku XX w. a dalej katolicki cmentarz. Tu wiele upamiętnień świadczących o patriotyzmie i ofiarach ponoszonych z tego tytułu przez mieszkańców miasta. Jeszcze ciekawostka. Na cmentarzu jest pochowanych wielu zasłużonych obywateli miasta. Wśród nich hr. Artur Józef Sumiński, Powstaniec Styczniowy, który pozował Matejce do obrazu Bitwa pod Wiedniem jako król Jan III Sobieski. Z okolic rynku, gdzie można zauważyć sporo lokali do wynajęcia, idę pod browar Okocim, należący obecnie do koncernu Carlsberg. Zakład założył w 1848 Jan Goetz, Bawarczyk, który tak się odnalazł na tych terenach, że z własnego wyboru stał się gorliwym Polakiem, uznając zasadę, że jeżeli je się polski chleb, to jest się Polakiem. Nawet pochować kazał się w szlacheckim kontuszu. Renomowany browar należał do Goetzów Okocimskich przez trzy pokolenia. Goetzowie zapisali się w historii jako wybitni państwowcy i wielce zasłużeni obywatele Brzeska. Pozostawili po sobie piękną neobarokową rezydencję wybudowaną w końcu XIX w. Pałac wygląda imponująco. Gościły tu elity II Rzeczypospolitej. Szkoda, że oglądam tylko zza płotu i nie mogę choćby na chwilę zajrzeć do środka. Własność prywatna. Wyłącznie imprezy zorganizowane, wesela, bankiety etc.
Etap 02 21.02.2025 Brzesko – Zgłobice 32 km
Ciężki etap. Planowałem iść do Wojnicza, ale nie było noclegu, więc musiałem dołożyć jeszcze piątkę i wyszło ponad 30 km. Do tego górki i odezwało się kolano. A poza tym to był udany dzień. Wymarzona słoneczna pogoda, dobra widoczność i atrakcyjne punkty programu. Rano o 7:00 śniadanie i i idę do pałacu Goetzów. Mam szczęście, otwarta brama, wchodzę na teren. Pięknie. Zadbany park i do tego możliwość obejścia pałacu z bliska. Próbuję nawet wcisnąć się na chwilę do wnętrza, ale bez wielkiej determinacji. Jest wcześnie i nie zauważam nikogo z kim mógłbym zagadać. Dobry początek. Ruszam w trasę, idę koło browaru. Mijam ciekawe mini osiedle domków dla pracowników. Zbudowane około sto lat temu drewniane w stylu narodowym (zakopiańskim). Szkoda, że bez jakiejś opieki i nadzoru ze strony konserwatora. To powinna być taka perełka. No i pod górę, do wioski Okocim. Tam kościół z kryptą Goetzów i szkoła w stylu neorenesansu niderlandzkiego, oczywiście fundacji Goetzów. Ładne panoramy, trochę w dół a potem już ostro pod górę na Bocheniec. Na szczycie, w miejscu dawnego grodziska Wiślan (zachowały się nawet fragmenty wałów ziemnych) otoczony murem kościół. Szkoda, że wszystkie furtki zamknięte, bo to miejsce z bogatą historią. Za chwilę dostaję rekompensatę. Otóż po sąsiedzku wybudowano rewelacyjną wieżę widokową. 7 kondygnacji i imponująca konstrukcja. Miałem rozterkę, czy oszczędzać nogi czy jednak nie marnować takiej okazji. Wszedłem i było warto, dobra widoczność i ładna panorama okolic. Dalej w dół przez Porąbkę Uszewską, wzdłuż malowniczo wijącej się rzeczki Niedźwiedź, do Dębna. Po drodze, można w tej okolicy spotkać jeszcze dosyć dużo starych drewnianych domostw. Takie relikty zanikającej bezpowrotnie przeszłości. Najczęściej są już opuszczone i tylko oczekują na swój nieuchronny koniec. Tu widać w jakim tempie zmienia się świat. W Dębnie zwiedzam zamek. To późnogotycka rezydencja Odrowążów z dobrze zachowanymi ładnymi detalami z kamienia. Zamknięty dziedziniec i w ogóle średniowieczne klimaty. Piękna pogoda i fajne miejsce, robię więc krótki postój na drobne co nieco w nastrojowym anturażu. Dalej, zwracająca moją uwagę, neogotycka kaplica cmentarna i pamiętający czasy średniowiecza kościół, którego dzieje są związane ze świętą Kingą. W tych okolicach wszystkie historie dotyczą albo tej świętej albo Spytka z Melsztyna. No, czasami występuje jeszcze królowa Jadwiga. Potem proza, 12 km jakubowym szlakiem do Wojnicza, przez dużą wieś Szufczyn i rozrzucone w polach osiedla nowych domków. W Wojniczu na początek, remontowany obecnie, neogotycki pałac Dąmbskich. Już niedługo będzie to prawdziwa wizytówka miasteczka. Potem kościół św.Wawrzyńca, charakterystyczna wieża, bogaty barok wnętrza i tablica upamiętniająca siedmiu lotników RAF, którzy niosąc pomoc Walczącej Polsce, zostali w 1944 zestrzeleni w pobliskiej Dębinie Zakrzowskiej. Przechodzę duży zadbany rynek. Miasto ma bogatą i bardzo długą historię, przez wieki odgrywało istotną rolę w Małopolsce. Jeszcze drewniany kościół św.Leonarda i końcowe 5 km. Dochodzę do Dunajca, potem wałem wzdłuż rzeki do mostu. Robi się już ciemno i muszę uważać na ruchliwej drodze, która prowadzi na zasłużony nocleg. Uff!
Etap 03 22.02.2025 Zgłobice – Tarnów 21 km
Rano odczuwam wczorajszy etap. Dobrze, że dzisiaj jest niedaleko. Pogoda znów rewelacyjna, sucho i pełne słońce. Najpierw tereny nad Dunajcem, od którego stopniowo się oddalam. Pola i liściasty las. Dochodzę do Góry Zbylitowskiej gdzie w Buczynie znajduje się cmentarz ofiar masowych mordów dokonanych przez Niemców w czasie II wojny. Ile osób tu zamordowali, trudno jest powiedzieć. Szacunki mówią o 8 – 10 tysiącach ludności żydowskiej oraz kilkuset do dwóch tysięcy katolików. Wśród ofiar było około 800 żydowskich dzieci, które zabijano w okrutny sposób. Jest to największe, na obecnie polskich terenach, cmentarzysko ofiar Holocaustu. Nie licząc oczywiście obozów zagłady. Nastrój głębokiej refleksji zakłóca mi jeden bulwersujący fakt. Otóż na masowych mogiłach ludności żydowskiej jest pełno flag izraelskich. To nie jest dla mnie większym problemem, choć biało niebieska flaga z gwiazdą Dawida jest symbolem państwa Izrael a nie wyznawców judaizmu. Jednak oprócz flag jest tutaj zawieszonych sporo zdjęć żołnierzy izraelskich, którzy zginęli w trwającym teraz konflikcie w Palestynie. Opisy zdjęć w języku hebrajskim, więc do końca nie wiem co tam jest napisane. Mogę się tylko domyślać. Nie akceptuję takiej sytuacji. Memoriał jest miejscem pamięci poświęconym ofiarom niemieckich oprawców. Ofiarami byli polscy katolicy i polscy żydzi, mieszkańcy Tarnowa i okolic. Nie widzę żadnego powodu aby do tego mieszać bieżącą, budzącą w świecie olbrzymie kontrowersje, politykę Izreala. Według mnie to obraża pamięć spoczywających tu ofiar niemieckich zbrodniarzy. Nadkładam drogi i idę do tarnowskiej dzielnicy Mościce. To jedna z pereł w koronie przedwojennej Polski. Na „surowym korzeniu” w dwa lata zbudowano oazę nowoczesności, stanowiącą świadectwo aspiracji odrodzonego państwa. Wielkie zakłady chemiczne miały trzech ojców: profesora Ignacego Mościckiego – Prezydenta RP, dr Eugeniusza Kwiatkowskiego – ministra przemysłu i dr Tadeusza Zwisłockiego, przedwcześnie zmarłego pierwszego dyrektora budowy (prywatnie zięcia Mościckiego). Fabryka powstała jeszcze przed COP, stała się jednak później jego ważną częścią. Tak jak w wypadku Stalowej Woli, powstał tu nie tylko sam zakład, ale i osiedla „szklanych domów” dla załogi. Nastąpiła prawdziwa rewolucja. W biednej zacofanej okolicy pojawiły się prąd, kanalizacja i opieka socjalna. To musiał być szok. Jest jeszcze jeden mały smaczek, sanacyjne władze postawiły Mościce pod nosem swego oponenta politycznego Wincentego Witosa. Do Wierzchosławic jest stąd w linii prostej tylko pięć km 😊. Po drodze mijam wybudowany dla religijnej załogi Mościc kościół, projektowany przed wojną, doczekał się realizacji dopiero po 45 roku. Dużo zieleni, blisko fabryki wille kadry kierowniczej. Przed budynkiem dyrekcji pomnik E.Kwiatkowskiego, który kierował „Azotami”, z sukcesem, przez pięć lat. Postanawiam, że przejdę jego codzienną drogę do pracy. Willa dyrektorska zlokalizowana została w odległości 300 m na wprost wejścia do siedziby głównej. Jej projekt nawiązuje do pałacu Na Wodzie w warszawskich Łazienkach. Kwiatkowski miał tu godziwe warunki, 320 m2 + parę ha parku, pensja 4.000 zł (średnia krajowa 200 zł), 100 zł diety przy delegacji krajowej, 15 ówczesnych dolców przy delegacji zagranicznej. Do końca życia dobrze wspominał czas spędzony w Mościcach. Jeszcze kameralna i piękna uliczka Obrońców Lwowa. Szpalery dorodnych drzew i modernistyczne wille lepiej sytuowanych pracowników zakładu. Dobrze, że odwiedziłem Mościce. Z podziwem patrzę na ten ciąg przedwojennej Polski, aby pomimo ogromnych problemów odradzającego się Państwa, zawsze grać w 1. Lidze. Potem już do prawdziwego Tarnowa. Dworzec PKP, obok przemyskiego najładniejszy na trasie pomiędzy Krakowem a Lwowem. Skwer Sandora Petofi z ofiarowaną przez Węgrów bramą seklerską. To miejsce jest symbolem przyjaźni polsko węgierskiej. Wszak z Tarnowa pochodził polski generał Józef Bem, uznany przez Madziarów za bohatera narodowego i nazywany przez nich „Bem Apo”. Ulicą Krakowską wchodzę na jeden z najładniejszych rynków w Polsce. Na środku placu przepiękny ratusz, któremu urodą dorównuje wg mnie tylko ten z Sandomierza. Vis a vis wejście na moje dzisiejsze spanie. Krótki odpoczynek i do roboty. Idę na spacer po centrum miasta. Katedra z urokliwym zaułkiem. W jej prezbiterium epitafia Tarnowskich i Ostrogskich, które sięgają wysokości kilkunastu metrów. Ale są też i inne pomniki, jak ten Trzech Janów (Tarnowskich) czy Barbary Tarnowskiej, arcydzieło Padovano na skalę europejską, uznawany za najpiękniejszą rzeźbę doby renesansu w Polsce. Dla koneserów rzeźby prawdziwa uczta. Potem kawałek drogi do Parku Strzeleckiego. Ładny, ogrodzony, dostępny w określonych porach i dwa istotne elementy; okazała klasyczna fontanna i oryginalne mauzoleum J.Bema. Generał pod koniec życia przeszedł na islam i po sprowadzeniu jego szczątków do rodzinnego Tarnowa, nie do końca wiedziano, gdzie go można godnie pochować. Wybrano opcję sarkofagu na 6 wysokich klasycznych kolumnach umieszczonych pośrodku parkowego stawu. Wracam na starówkę. Ulica Wałowa, najważniejszy deptak miasta, pomniki Władysława Łokietka (prawa miejskie) i oczywiście J.Bema, patriotyczne murale, tablice i posągi, okazale gmachy, dużo interesującej secesji. Nie dość, że Tarnów to najcieplejsze miasto w kraju, to do tego jeszcze naprawdę bardzo ciekawe. Ja zrobiłem dziś dość dużo aby go przynajmniej trochę poznać.
Etap 04 23.02.2025 Tarnów – Parkosz 29 km
Obawiam się trochę tego etapu. Ze względu na brak noclegów muszę wybrać zajazd w Parkoszu. To 30 km, praktycznie w linii prostej. Nie ma więc ewentualności jakiegoś skrócenia trasy gdyby pojawiła się taka potrzeba. Do tego na trasie brak szczególnych atrakcji. Zapowiada się wiec dość długi etap na dojście z przewagą maszerowania poboczami lokalnych dróg. Na szczęście pogoda będzie dalej super. Wychodzę o siódmej, na początek nadrobienie małych zaległości z wczoraj, kiedy to nie zajrzałem do dawnego kwartału żydowskiego na starym mieście. W sumie nie ma tu wiele a zniszczenia z czasów wojny symbolizuje bima, zachowana w formie trwałej ruiny. Na wyjściu z miasta ciekawa neogotycka willa, obecnie Centrum Dialogu. Potem park i pałac Sanguszków. Ładne założenie, ale bez dawnego blasku. Teraz siedziba szkoły. Dalej mam okazję poznawać rozmiary galicyjskich wiosek, przez które fajnie się idzie gdy człowiek widzi domy o numerach powyżej 400. Trzeba się napocić by zaliczyć taką wiochę. Ale wioski liczące po dwa, trzy tysiące mieszkańców mają też swoje plusy. Są w nich szkoły z prawdziwego zdarzenia, place zabaw, sklepy, bogate remizy OSP i cała infrastruktura. Tak przechodzę przez Skrzyszów, który zapamiętam z dwóch powodów. Pierwszy to śliczny drewniany kościół, a drugi to fakt, że w 2017 roku w tej miejscowości padła rekordowa wygrana w Lotto. Dokładnie 36.726.210 złotych i dodatkowo jeszcze 20 groszy. W pobliskim lesie Kruk w czasie II wojny Niemcy zamordowali 400 osób. Następnie duże wioski Szynwałd, Łęki Górne i Łęki Dolne. Zwracam uwagę na kolejny ładny drewniany kościółek i przydrożną kapliczkę postawioną jako wotum wdzięczności za ocalenie osób porażonych uderzeniem pioruna. Szkoda, że nie mam szansy na poznanie pięknie odrestaurowanego manierystycznego dworu Tarłów. Własność prywatna. Z drogi rozpoznaję, znaną mi ze zdjęć, bryłę zabytku. Gdyby etap był krótszy, to być może podjąłbym jakąś próbę aby na chwilę wcisnąć się tam. W końcu dochodzę do Pilzna. Małe miasteczko z dużym rynkiem i dominującym gotyckim kościołem. Bez jakiś fajerwerków. Trzeba jednak pamiętać, że w przeszłości Pilzno, leżące na krzyżówce szlaków handlowych było bardzo znaczącym ośrodkiem. Nawet Tarnów się do niego nie umywał. Podupadło przez kolej żelazną. Kiedy budowano trasę galicyjską z Krakowa do Lwowa, uwzględniono zapyziałą Dębicę a pominięto właśnie Pilzno. Od tego czasu zaczął się regres i tak już zostało. Szczerze mówiąc, na dzisiaj mam już dość i najbardziej marzy mi się już hotel. Jeszcze 4 km, przechodzę Wisłokę i jest zajazd. Tam odbieram nagrodę w postaci znakomitego żurku i placka po węgiersku w rozmiarze XL.
Etap 05 24.02.2025 Parkosz – Dębica 12 km
W nocy radykalna zmiana pogody. Ochłodzenie i opady deszczu ze śniegiem. Mam przed sobą taki typowy półetap. Chcę dojść do Dębicy, wsiąść do pociągu i wrócić do domu aby trochę popracować. Najważniejsze nie zmarznąć i nie przemoczyć ciuchów. Na początek najmłodsze polskie uzdrowisko Latoszyn. Mały grajdół zbudowany od podstaw, na dziś bardziej przypomina jakiś kompleks odnowy i rekreacji niż tradycyjny kurort. Warto jednak wspomnieć, że Latoszyn był już kiedyś uzdrowiskiem i obecnie nawiązuje się do tradycji sięgającej roku 1850! Różne były koleje tutejszego zdroju, były okresy kiedy trochę na wyrost porównywano go do Krynicy, były katastrofy jak I wojna, ale i zdarzały się momenty gdy działalnością leczniczą zajmowali się zwykli chłopi. Potem już Dębica, ważne miasto w połowie drogi między Tarnowem a Rzeszowem. Dziewiętnastowieczna galicyjska pipidówa, która dostała trzy szanse i wszystkie wykorzystała. Pierwsza to kolej żelazna, poprowadzona przez Dębicę kosztem dominującego do tej pory Pilzna. Druga, zbudowana w ramach COP Fabryka Gum Jezdnych, późniejszy Stomil, potentat na rynku opon samochodowych, a trzecia to powstały za Gierka kombinat rolno przemysłowy Igloopol, w latach 80 tych XX w. największa firma w tej części kraju. Turystycznie Dębica nie jest szczególną atrakcją. Ja jednak mam pomysł na pobyt w tym mieście. Chce odwiedzić miejsca związane z wydarzeniami z czasów II wojny. Moim celem są położona pod lasem niewielka ulica Garncarska i ulica Kościuszki, która dla odmiany znajduje się w centrum Dębicy. Przy Kościuszki w zachowanym do dzisiaj budynku mieściła się siedziba Gestapo, obok mieszkała po sąsiedzku rodzina Mikołajkowów, która z narażeniem własnego życia, ocaliła 14 osobową rodzinę żydowską z getta, znajdującego się tuż za płotem ich posesji. Odwaga i poświęcenie Mikołajkowów są znane i zostały docenione, znaleźli się w gronie Sprawiedliwych a i w samym mieście doczekali się godnego upamiętnienia na skwerze ich imienia. I na tym można by całą sprawę zakończyć, gdyby nie odkrycie ostatnich miesięcy. Okazuje się, że pewnego dnia Niemcy zażądali od Mikołajkowów opuszczenia z dnia na dzień garażu, w którym ukrywali oni żydowską rodzinę. Nie mając chwili do stracenia nocą udało się wszystkich przeprowadzić na podmiejską uliczkę Garncarską i ukryć na stryszku małego drewnianego domu należącego do Bronisławy i Józefa Kunyszów. Żydzi znaleźli tu schronienie od wiosny 43 do stycznia 45. Dom nie zachował się do naszych czasów, ale na Garncarskiej stoją do dzisiaj podobne budynki. Trzeba mieć dużo wyobraźni aby pojąć, jak to było w ogóle możliwe, aby w poczuciu ciągłego zagrożenia, ukrywać i zapewniać minimalne warunki do przeżycia 14 osób przez dobre dwadzieścia miesięcy. Przez 80 lat nikt nie miał zielonego pojęcia o bohaterstwie starszego małżeństwa, które skromnie mieszkało pod lasem na obrzeżach miasta.
Etap 06 12.03.2025 Dębica – Sędziszów Małopolski 32 km
Po dwóch tygodniach wracam na trasę z zamiarem przejścia odcinka Dębica – Przeworsk. Dzień wcześniej przyjeżdżam do Dębicy i po zakwaterowaniu w hotelu robię sobie prolog długości 8 km. Jutro będę miał krócej i mogę zaplanować dojście aż do Sędziszowa. A dzisiaj idę do Zawady gdzie znajduje się dawna posiadłość Raczyńskich oraz karczma z przełomu XVIII/XIX w. Trasa wylotowa z Dębicy, nowa zabudowa, później już lokalne drogi i ścieżki. W sumie jednak rozczarowanie. Teren majątku niedostępny dla turystów, zza płotu wygląda to średnio. Z oddali widać wieżę, która jest pozostałością po dawnym zamku zniszczonym przez Rosjan w czasach I wojny. Zamek ma długą, kilkusetletnią historię. Warto wspomnieć o wydarzeniach z czasów rabacji galicyjskiej w 1846 roku, opisanych później przez księdza Pergesa, kiedy to banda chłopstwa napadając na zamek w Zawadzie, została przestraszona wojskiem i odstąpiła. W „wojsko” wcielił się jedyny obrońca zamku niejaki Pająk, który rozpalał we wszystkich oknach światło i krzyczał raz po polsku, raz po niemiecku, jakby wydawał wojsku komendy, biegając od okna do okna. Zgraja dała się nabrać i wystraszona odeszła. Lepiej widać zbudowaną w latach międzywojennych willę, która jest nieco zmienioną kopią słynnej Groote Schuur w Kapsztadzie, rezydencji Cecila Rhodesa, brytyjskiego polityka, uchodzącego też za odkrywcę złóż diamentów w Rodezji, a współcześnie będącej rezydencją prezydenta RPA. Niestety, ciekawa fasada frontowa pałacyku jest niewidoczna. Potem wizyta w zabytkowej karczmie. Podobno kultowa, kręcono tu sceny do kilku filmów o tematyce historycznej. Nie powiem, byłem nastawiony na jakieś polskie jadło w sarmackich klimatach. Wyszło tak sobie, chyba przereklamowane miejsce. Nocuję w Dębicy i rano autobusem wracam do Zawady pod karczmę. Dalej już z buta. Na początek sanktuarium MB Zawadzkiej. Jest nastrój i ciekawa historia. Potem już lekkie górki, idę lasem. Jest ok pogoda i ładne widoki, ale idzie mi się jakoś tępo, bez entuzjazmu. Wchodzę do Ropczyc, gdzie nie ma wielkich atrakcji. Trzeba jednak przyznać, że miasto jest zadbane i prezentuje się korzystnie. W rynku pomnik ks. dr Jana Zwierza, związanego z miastem ponad 60 lat , wielce zasłużonego społecznika. Oj, czego on dla Ropczyc nie zrobił? Człowiek orkiestra. Jestem znużony i dalej idę trochę na siłę. Lokalne i polne drogi. Dochodzę do Góry Ropczyckiej a potem już do Sędziszowa. Przez miasteczko właściwie przechodzę, nie mam dziś większej ochoty na zwiedzanie. W rynku robię krótki postój, oglądam dość ciekawy ratusz i „piłuję” dalej. Zostały mi jeszcze dobre 3 km. Nocleg mam na wylotówce. Dochodzę do celu umordowany. Hotel super, ale perspektywy kiepskie. Od jutra gwałtowna zmiana pogody, ma być przenikliwie zimno i opady śniegu z deszczem.
Etap 07 13.03.2025 Sędziszów Małopolski – Rzeszów 28 km
W nocy sprawdzam prognozy pogody i postanawiam przerwać zabawę. Trzeba wracać rano do domu. Stacja Sędziszów Wschodni jest niedaleko i pociągów mam wiele. Plan jest gotowy, wstaję o szóstej i … postanawiam iść do Rzeszowa. Nie może być tak, że po prostu wymięknę. Przerwać trasę w takim miejscu, bez sensu. Jak już to jutro w Rzeszowie. Odpuszczę tym razem odcinek Rzeszów – Przeworsk, ale do samego Rzeszowa dojść muszę. Wychodzę o 7:00, chcę ugrać parę kilosów, nim zacznie padać na dobre. W nocy padało, jest mokrawo, idę lekko pod górę. Na razie jest nieźle, dochodzę do szlaku Jakuba i grzbietem miejscowych wzniesień pociskam w kierunku Rzeszowa. Zaczyna kropić, a potem padać. I w takim momencie, przez swoją rutynę, muszę wracać kilkaset metrów pod górkę. I bardzo dobrze, należało mi się. Ładne tereny, w oddali widać już miasto, dochodzę do Bzianki. Ciągle pada, ale nie ma tragedii. Przekraczam Via Carpatię i kilka km idę do centrum. Załatwiam nocleg w super miejscu, prawie w narożniku rzeszowskiego rynku. Odpoczynek i spacer po mieście. Przestało padać, więc warto trochę pochodzić. Odwiedzałem stosunkowo niedawno Rzeszów i mam jak najlepszą opinię o tym mieście. Obecny pobyt tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu. Rzeszów to jedna z wizytówek naszego kraju. Znam nieźle Polskę, mogę porównywać i wiem co mówię. Z powiatowego 30 tysięcznego miasta wyrosła po II wojnie prawdziwa stolica regionu, zamieszkała (licząc uchodźców z Ukrainy) przez 300 tysięcy ludzi, ze znanym w świecie lotniskiem JC (Jasionka City). Paradoksalnie Rzeszów stał się rozpoznawalny od czasu wybuchu wojny na Ukrainie. Ale to tylko część prawdy o tym mieście, które jest od lat rządzone z głową i dynamicznie się rozwija. Po stracie Lwowa pojawiła się na wschodniej rubieży przestrzeń dla powstania znacznego ośrodka i współczesny Rzeszów rolę tę świetnie spełnia. Co zobaczyłem tym razem? Super rynek z pięknym ratuszem, tablicę poświęconą urodzonemu tu reżyserowi Fredowi Zinnemannowi („W samo południe”), rzeszowski „Manhattan” z drapaczem chmur Olszynki Park (220 m), gmach filharmonii, plac Armii Krajowej, zamek, aleję Pod Kasztanami z willami w stylu szwajcarskim (arch. Tadeusz Tekielski), ulicę 3 Maja – reprezentacyjny deptak Rzeszowa ze statuą Tadeusza Nalepy i na koniec pomnik Leopolda Kuli Lisa, urodzonego w podrzeszowskiej Kosinie, ulubieńca Marszałka, poległego bohatersko w wieku 23 lat. Wystarczy na dziś. Rzeszów jest naprawdę super. Jeszcze tu wrócę.
Gniezno – Bydgoszcz 109 km
Etap 01 10.06.2025 Gniezno – Zajazd Drogorad 19 km
Etap 02 11.06.2025 Zajazd Drogorad – Gąsawa 24 km
Etap 03 12.06.2025 Gąsawa – Żnin 16 km
Etap 04 13.06.2025 Żnin – Łabiszyn 23 km
Etap 05 14.06.2025 Łabiszyn – Bydgoszcz 27 km
Etap 01 10.06.2025 Gniezno – Zajazd Drogorad 19 km
Powodem mojej wizyty w Gnieźnie jest tym razem niedawna rocznica 1000-lecia koronacji Bolesława Chrobrego. Celem mojej wędrówki jest zaś Bydgoszcz, przedostanie miasto wojewódzkie, którego do tej pory nie odwiedziłem pieszo. Poprzedniego dnia przyjeżdżam do Gniezna i mam czas trochę się porozglądać. Jestem nieźle obcykany bowiem obejrzałem trzy obszerne odcinki nakręcone przez Obywatela JC o matce naszych katedr. Było i o samej katedrze i o słynnych drzwiach, które miałem okazję oglądać podczas poprzedniego pobytu a także o podziemiach świątyni. Tym razem, oprócz rutynowej wizyty we wnętrzu, gdzie staram się dostrzec odchył osi nawy głównej od prezbiterium o 4 stopnie, zwiedzam Muzeum Archidiecezjalne i podziemia. W muzeum najbardziej pochłania mnie dział portretów trumiennych. To jedna z ciekawszych kolekcji poświęconych tej tematyce, będącej „polskim ewenementem” w kulturze europejskiej. Podziemia to „trochę kamieni”, najważniejsza jest jednak świadomość co działo się w tym miejscu ponad tysiąc lat temu. W sumie, to właśnie tutaj miały miejsce narodziny naszej państwowości i początek wielkiej tysiącletniej historii. Na Wzgórzu Lecha książę Mieszko I wybudował pierwszą romańską rotundę, którą za panowania Bolesława Chrobrego rozbudowano do rozmiarów katedry. Tu pochowano św. Wojciecha i jego przyrodniego brata Radzima Gaudentego – pierwszego polskiego arcybiskupa. Tu spoczywają też polscy prymasi. Wśród nich tacy giganci jak Jakub Świnka, Mikołaj Trąba, Zbigniew Oleśnicki, Jan Łaski czy Ignacy Krasicki. W tym miejscu w 1000 roku Chrobry gościł cesarza Ottona a 25 lat później był koronowany na pierwszego króla Polski. W gnieźnieńskiej katedrze odbyły się jeszcze koronacje Mieszka II Lamberta, Bolesława Śmiałego, Przemysła II i Wacława II Czeskiego. Chwila odpoczynku w moim lokum, w hotelu pielgrzyma (jest super i do tego tuż przy katedrze) i ruszam na miasto. I tu odkrycie, Gniezno leży na niewielkich wzgórzach, podobno siedmiu (jak w Rzymie) i oprócz położonej na Wzgórzu Lecha katedry jest tu jeszcze sporo do zobaczenia. Na Wzgórzu Pańskim gotycki kościół i klasztor franciszkanów, skąd schodzi się do pięknie zagospodarowanej Doliny Pojednania. Z okazji 1000-lecia Zjazdu Gnieźnieńskiego przywódcy Polski, Słowacji, Czech, Węgier i Niemiec posadzili tu drzewa. Potem pod górkę po schodkach na Wzgórze Krzyżackie, tam kościół i klasztor bożogrobców oraz gmach sądu – miejsce rozliczeń strajku dzieci wrzesińskich. Dalej rynek miejski i ulica Chrobrego – reprezentacyjny deptak miasta z perspektywą na bryłę katedry, jeszcze kościół św.Trójcy i na koniec siedziba Archidiecezji Gnieźnieńskiej. Jest gdzie pospacerować i jest co zobaczyć. Rano, po dobrym śniadaniu wychodzę przed ósmą. Pogoda ok i tak będzie przez cały dzionek. Trochę obawiam się o moje kolano, ostatnio wypadłem z rytmu systematycznego chodzenia. Przechodzę przez starówkę Gniezna, potem ładna ścieżka wzdłuż jeziora Winiary. Opuszczam miasto. Ponieważ nie jestem pewny swoich możliwości nie komplikuję i staram się iść jak najkrótszą trasą. Najpierw lokalna droga, potem polami i tak dochodzę do lasu w dolinie rzeczki Wełny. Wcześniej wieś Goślinowo z pamiątkowym obeliskiem poświęconym Ksaweremu Zakrzewskiemu, pochodzącemu stąd wielkiemu patriocie, lekarzowi, jednemu z twórców skautingu w Wielkopolsce. W lesie kontakt z prawdziwą naturą, są i sarny są też zające. Jeszcze postój nad jeziorem Głęboczek i jestem u celu. Jak na moje obawy było nie najgorzej, zobaczymy co przyniesie jutro.
Etap 02 11.06.2025 Zajazd Drogorad – Gąsawa 24 km
Z zajazdu wychodzę o 7:30, jest pochmurnie ale nie pada. Węzeł drogowy i jestem we wsi Mielno. Tu pałac von Wendorffów, który nie ma szczęścia do właścicieli, właśnie ogłoszono kolejny przetarg. Może w końcu ktoś go wyremontuje. Popatrzyłem zza płotu. Najpierw lasem a potem drogą lokalną wzdłuż jeziora docieram do Dziadkowa. Zgodnie ze znakami idę opłotkami wioski i okazuje się, że szlak to tu był, być może kiedyś. Po kilkuset metrach moje buty są mokre. Gdy dochodzę z powrotem do drogi zaczyna kropić, za chwilę pada a potem leje. Kurtka, kaptur. Tak witają mnie Pałuki, które gdzieś w tej okolicy właśnie się zaczynają. Niewielki region na pograniczu Wielkopolski i Kujaw. Będę szedł ich wschodnią częścią, przez Rogowo, Gąsawę, Żnin i Łabiszyn. Okaże się, że to ładna i ciekawa kraina. Wyróżnia ją między innymi zamiłowanie do hokeja na trawie, który jest popularny w pasie od Poznania do Torunia. Maleńkie Rogowo i Gąsawa należą od lat do ścisłej czołówki krajowej i dorobiły się kilku olimpijczyków a derby pomiędzy nimi wzbudzają zainteresowanie całej okolicy. Mam mocne postanowienie związane z tymi terenami, chciałbym spróbować miejscowego specjału czerniny, którą znamy też jako staropolską czarną polewkę. Idę lasem drogą wijącą się między jeziorami. Deszcz co prawda obniża nastrój, ale trzeba przyznać, że okolica jest ładnie zagospodarowana. Nowe ścieżki pieszo – rowerowe, plansze informacyjne. Dochodzę do Rogowa, na wejściu położony na przesmyku pomiędzy jeziorami okazały kościół św.Doroty. Potem już dawne miasteczko, obecnie siedziba gminy. Niewiele ponad dwa tysiące mieszkańców. Widać, że stawiają na turystykę. Na północnym skraju Rogowa wybudowano jeden większych w Polsce dinoparków. Park pomijam, ale przechodzę przez ładnie zazieleniony rynek, gdzie zauważam afisz informujący o meczu hokeja Rogowo – Gąsawa. To musi być naprawdę wydarzenie. Dochodzę do węzła przy autostradzie i poboczem lokalnej drogi idę w kierunku Grochowisk Szlacheckich. Na muralach widać, że Pałuki ostro kibicują Lechowi Poznań. Przestaje padać, ale dość mocno wieje. W Grochowiskach oglądam klasycystyczny dwór z XVIII w., należący kiedyś do rodu Korytowskich. Ładnie odremontowany obecnie hotel i restauracja, do tego starannie utrzymany park. Ciekawe miejsce. Jeszcze duża wieś Złotniki a potem Marcinkowo Górne, gdzie znajduje się pomnik Leszka Białego. Książę senior został podstępnie zabity w tej okolicy w 1227, kiedy to w Gąsawie obywał się zjazd piastowskich książąt. Zaskoczony w łaźni zdołał co prawda zbiec i na waleta próbował konnej ucieczki, ale niestety został śmiertelnie trafiony. W 1927 w 700-lecie tego tragicznego wydarzenia wzniesiono na skrzyżowaniu w Marcinkowie pomnik autorstwa krakowskiego artysty Jakuba Juszczyka. W czasie II wojny szwaby oczywiście zniszczyły monument, który ponownie został odsłonięty w 1973. Dla zasady nadkładam jakieś 2 km i idę na miejsce śmierci Leszka Białego. Jest tam pamiątkowy kamień z tablicą a także sypiący się dosłownie, wymagający remontu obelisk. Potem na szagę polami do Gąsawy. Na wejściu do miasteczka stacyjka popularnej wąskotorówki. Idę na bogato zazieleniony rynek, przy którym znajduje się moja dzisiejsza kwatera (super). Gąsawa była kiedyś ważnym grodem a potem miastem. Do czasu szwedzkiego potopu, kiedy to została zniszczona i nie odzyskała już nigdy dawnego znaczenia. Obecnie miasteczko liczy niespełna 2 tys. mieszkańców i nie ma tu wiele do oglądania. Poza jednym, ale jakże pięknym i ciekawym wyjątkiem, drewnianym kościołem z XVII w. Sam kościół oraz jego przepiękne otoczenie stanowią jakby wyspę z innej bajki. Rewelacja. We wnętrzu, odkryty podczas prac remontowych cenny wystrój malarski, a na zewnątrz efektowna bryła kościoła wkomponowana w cudowną zieleń. Miejsce godne polecenia. Potem już zakupy i odpoczynek. Mam popuchnięte małe palce u stóp (mokre buty) i czuję kolano (normalka). Dziś plan zrealizowany. Pomimo nie najlepszej pogody, było ciekawie.
Etap 03 12.06.2025 Gąsawa – Żnin 16 km
Zrobiła się ładna pogoda, cały dzień ciepło i słonecznie. Niestety, krótki etap okaże się problemowy. Prawe kolano i dwa małe palce u stóp dadzą mi nieźle popalić. Wychodzę o 8:00, nie muszę się spieszyć bo w Biskupinie otwierają o 9:00, a to tylko nieco ponad dwa kilosy. Jeszcze raz przechodzę koło zabytkowego kościółka w Gąsawie i utwierdzam się w przekonaniu, że to wyjątkowa wizytówka miasteczka. Stara drewniana budowla i do tego ta rewelacyjna zieleń. W Biskupinie na wejście muszę poczekać jakieś 20 minut. Wchodzę jako jeden z pierwszych. Najpierw obozowisko łowców i zbieraczy czyli nawiązanie do najdawniejszych czasów. Miejsce to jednak nie ma związku z jakimiś prawdziwymi odkryciami archeologicznymi. Szałasy kryte trzciną, charakterystyczne dla osady sprzed 10 tysięcy lat. Potem „młodsza” osada pierwszych rolników, którzy pojawili się w okolicach Biskupina jakieś 6 tys. lat temu. Budowali długie (do 40 m) przestronne domostwa mające trapezowaty kształt. Nieopodal poletka z roślinami, które uprawiano ówcześnie. Są tu różne odmiany pszenicy, len, bób i soczewica. A potem już gwóźdź programu, osada obronna, konstrukcja z przełomu epoki brązu i żelaza, wiek 2700 lat. Odkryta przez trochę przypadek przed II wojną przez miejscowego nauczyciela Walentego Szwajcera, który zawiadomił prof. Józefa Kostrzewskiego. Ten zaś prowadził badania do wybuchu wojny. Odkrycie na skalę europejską. Obecnie odtworzone fragmenty umocnień, brama, dwa rzędy chat i ulice. Trzeba przyznać, że ta „naukowa” rekonstrukcja sugestywnie przedstawia „miejskie” osiedle z zamierzchłej epoki. Osada liczyła 800 – 1000 mieszkańców. Słoneczna pogoda, zieleń, jezioro z przystanią statku wycieczkowego i drewniana osada. Wszystko to pobudza wyobraźnię. Dalej owalnica z czasów piastowskich, w której uwijają się „dawni” rzemieślnicy. Oferują zwiedzającej gawiedzi pamiątkowe gadżety z kości, drewna i gliny. Jeszcze filmowa osada Wisza zbudowana na potrzeby ekranizacji Starej Baśni i ruszam dalej. Idzie się kiepsko ale dostrzegam walory tutejszej okolicy. Jeziora, zielono i lekko pofałdowany teren. Tak dochodzę do wąskiego przesmyku, na którym położony jest strategiczny zamek w Wenecji. Obecnie ruina o bardzo złej reputacji, związanej z barwnymi opowieściami o diable weneckim (Mikołaj Nałęcz?). I do tego podobno dalej tu straszy! Tuż obok muzeum kolejki wąskotorowej, jedno z większych w Europie. Dalej idę wzdłuż torów (60 cm szerokości) i mam dwukrotnie okazję zobaczyć przejeżdżającą kolejkę. To znana atrakcja. Dzięki turystyce uratowano niewielki fragment rozbudowanej kiedyś w tym rejonie sieci wąskotorówek, odrywających ważną rolę w przewozie ludzi i towarów. Potem polami wzdłuż jeziora z widokiem na nieodległy już Żnin. Nigdy nie byłem w tym mieście. Wejście do Żnina super. Małe Jezioro Żnińskie z pięknie zagospodarowanym nabrzeżem. Przystań, kemping, centrum sportów wodnych i park. Fajnie trafiłem, wizytówka miasteczka już na wejściu. A samo miasto? Tysiąc lat bogatej historii, ale zabytków pozostało niewiele. Najważniejszy to gotycka wieża ratuszowa pośrodku rynku. Warty uwagi kościół św.Floriana, ulica braci Śniadeckich (stąd pochodzili) i kilka publicznych gmachów z okresu zaboru pruskiego. Trzeba pamiętać, że Żnin to mekka dla motorowodniaków. Wiele razy organizowano tu światowe i europejskie championaty a czterdzieści lat temu każdy Polak znał nazwisko Waldemara Marszałka. Inny ciekawy fakt, w Żninie powstała polska prasa kolorowa. Wydawana przed wojną przez Alfreda Krzyckiego „Moja Przyjaciółka” osiągała kilkusettysięczne nakłady i biła wśród czytelniczek wszelkie rekordy popularności. Żnin wreszcie, to faktyczna stolica Pałuk i dobrze, że podkreśla się w tych okolicach ten regionalizm i buduje pałucką markę. Szkoda tylko, że tradycyjna czernina przegrywa z kebabem. Ale wszystko przede mną, może jeszcze uda się spróbować czarnej polewki.
Etap 04 13.06.2025 Żnin – Łabiszyn 23 km
Piękna pogoda. Kłopot z małymi palcami u stóp. Rano zaczynam od rynku z wieżą ratuszową, potem ulica Śniadeckich, kościół poewangelicki i dawna część miasta zwana Ostrówkiem z monumentalnym kościołem św.Floriana i klasycystycznym budynkiem sufraganii. Potem wzdłuż wylotówki, mijam tereny byłej cukrowni teraz zamienione na duże centrum handlowe. Dochodzę do Góry (obecnie cześć miasta) tam najstarszy gotycki kościół w Żninie. Dalej już lokalnymi drogami. Na szczęście ruch niewielki. Ładny lekko pofałdowany teren, łany rzepaku i jęczmienia. W sumie sielanka, tylko te cholerne stopy. Niespodzianka w Młodocinie, zupełnie nieoczekiwanie trafiam na odrestaurowany pałac z ładnie utrzymanym parkiem. Jeszcze kilka km i dochodzę do Lubostronia. To clou dzisiejszego programu. Pomnik historii, miejsce przepiękne. Już na wejściu robi wrażenie wieńczący perspektywę „palladiański” pałac, idealnie wyeksponowany w oprawie pięknego założenia parkowego. Miodzio! Początkowo planowałem tu zanocować, ale nie pasowało mi to do rozpiski etapowej mojej trasy. W ostatnim dniu miałbym za daleko do Bydzi. Trochę żałuję, bo byłoby miło spędzić tu czerwcowy wieczór. Udaje się za to wejść do wnętrza i troszkę pozwiedzać. Nie wszystko, ale to co zobaczyłem naprawdę wystarczy. Widziałem parę sal, kaplicę i dawny skarbczyk, ale to wszystko od biedy można odpuścić. Tu liczy się tylko sala główna pod pałacową kopułą. Majstersztyk! Najwyższa półka. I nie chodzi tu o chwilowe emocje, mam pewność, że aurę tej sali zapamiętam na długo. Fundatorem pałacu był Fryderyk (zbieżność imienia z głównym lokatorem Sanssousi przypadkowa) Skórzewski. W okresie zaboru pruskiego rodzina Skórzewskich potrafiła całkiem dobrze przystosować się do nowych realiów. Największy talent w tej dziedzinie wykazywała mama hr.Fryderyka, zagorzała sympatyczka pruskiego króla. Za mało znam jej historię aby kategorycznie osadzać, ale jakaś wątpliwość pozostaje. Okres zaborów to nie tylko czas bohaterskich zrywów, zsyłek i pracy u podstaw. To także czas, wstydliwie pomijanej w naszej historii, „damskiej targowicy”, kiedy to sporo wysoko urodzonych pań ochoczo, często przy pomocy swych małżonków i ojców, wpadała w ramiona (?) znienawidzonych zaborców. Za to żadnych wątpliwości nie mam w przypałacowej restauracji. Szczególnie zapamiętam wyśmienity chłodnik. Oj, takie obiady się pamięta. Jeszcze 5 km i dochodzę do hotelu na skraju Łabiszyna.
Etap 05 14.06.2025 Łabiszyn – Bydgoszcz 27 km
Zamówiłem nocleg 4 km od dworca PKP w Bydgoszczy. Z jednej strony będę miał krótszy etap a drugi powód to kłopot z noclegami w Bydgoszczy w ogóle. Większa oferta jest po północnej stronie miasta i do tego noclegi są drogie. 500 – 600 zł to chyba przesada. Tak przynajmniej pokazuje mi Booking. Wychodzę o 7:00. Dobry kilometr i jestem przy położonym na wzgórzu dawnym kościele i klasztorze franciszkanów. Moją uwagę zwraca Dąb Jagiełły (ponad 6 m w obwodzie), wg tradycji to jeden ocalały z dwóch posadzonych przez króla Władysława w czasie powrotu po zwycięstwie pod Koronowem. Na przykościelnym cmentarzu odnajduję jeszcze grobowiec Kazimierza Mielęckiego, bohatera Powstania Styczniowego. Jego pogrzeb był wielkim patriotycznym wydarzeniem i zgromadził podobno 10 tysięcy mieszkańców tych okolic. Potem Noteć i urokliwa wyspa, gdzie w średniowieczu stał zamek a dzisiaj jest amfiteatr i teren rekreacyjny. Dalej małomiasteczkowy rynek. Widać, że 4 tys. Łabiszyn jest raczej sennym i prowincjonalnym ośrodkiem. Przed ratuszem pomnik miejscowego Judyma, doktora Juliana Gerpe. Za miastem wchodzę do lasu. Miało być spoko a zaczęły się schody, to nie jest leśna dróżka a raczej trasa motocrossu. Góra – dół, góra – dół, niewielkie pofałdowanie, ale daje w kość. To chyba efekt zlodowaceń. W każdym razie, mnie zrobiło się ciepło. Na domiar złego piach, trzeba uważać, aby nie pojechać. Niestety, odzywają się moje mocno obute popuchnięte palce. Na końcu lasu, po zaledwie 6 km marszu, podejmuję ryzyko zmiany butów na meszty. Najpierw idę dobre trzy km poboczem asfaltowej drogi a potem już kuśtykam polami w stronę Noteci. Robi się coraz większy upał. Jest kiepsko, liczę mozolnie wypracowane metry. Tak dochodzę do rzeki. I tu dopiero spotyka mnie niespodzianka. Most w remoncie, zdemontowany. Nigdzie nie wracam! Zakaz wstępu, ale mnie to nie rusza. Na szczęcie Noteć w tym miejscu nie jest jeszcze dużą rzeką. Decyzja, przechodzę po metalowej belce zamocowanej wzdłuż śluzy. Uff! Udało się. Za chwilę Kanał Notecki ze śluzą Dębinek (przystań kajakowa) i grupą amatorów sobotniej rekreacji na kajakach. Właśnie mają odprawę przed spływem. Dalej mordęga, upał i pylaste podłoże bądź asfalt. Ból nóg, po prostu dreptam i staram się nie przystawać, bo ponowny rozruch jest bolesny. Dochodzę do Trzcińca, tu spotykam jakieś 200 a może i więcej motocyklistów. Jadą na jakąś imprezę. Nie jestem w stanie ocenić ile długości ma ta kawalkada. Widok super. Jeszcze 4 km, mobilizacja i łapię drugi oddech. Idzie się ciut lepiej. Dochodzę do hotelu. Staram się poruszać normalnie, ale czy mi to dobrze wychodzi, to już inna sprawa. Dziś już tylko obiad w hotelowej restauracji i odpoczynek. Jutro rano na pociąg do domu. Samą Bydgoszcz pozwiedzam uczciwie jak przyjadę tu aby kontynuować swą wędrówkę wzdłuż dolnej Wisły. A tak w ogóle, to tym razem szedłem przede wszystkim przez Pałuki. Fajne tereny.
Tatry 02 – 09.09.2025 84 km
Etap 01 02.09.2025 Włosienica – Szpiglasowa Przełęcz – Włosienica 12 km
Etap 02 03.09.2025 Dolina Roztoki 14 km
Etap 03 04.09.2025 Palenica B. – Gęsia Szyja – Murowaniec 10 km
Etap 04 05.09.2025 Murowaniec – Czarny Staw – Kuźnice – Kalatówki 10 km
Etap 05 06.09.2025 Kalatówki – Zakopane i Kiry – Schronisko Ornak 12 km
Etap 06 07.09.2025 Schronisko Ornak – Polana Chochołowska – Witów 16 km
Etap 07 08.09.2025 Witów – Zakopane 10 km
Etap 01 02.09.2025 Włosienica – Szpiglasowa Przełęcz – Włosienica 12 km
Rano o 7:00 idę na przystanek e-busa, który zawiezie mnie prawie pod Morskie Oko. Nie mam zamiaru zaliczać 8 km spaceru po asfalcie z Palenicy Białczańskiej. Szkoda mojego czasu i energii. Około 9:00 jestem już przy schronisku nad Morskim Okiem. Widoczność taka sobie, do poziomu jakiś 2200 m, tak więc Mnich jest widoczny, ale szczyt Rysów zanurzony w chmurach. To miejsce jest naprawdę szczególne, nie tylko najnormalniej zachwyca, ale jest też bardzo ważną częścią naszej polskiej tożsamości. Stąd zaczynam tygodniową wędrówkę po Tatrach. Na dobrą sprawę, to tak na poważnie chodziłem tutaj 45 lat temu. Byłem parę razy w Zakopanem, ale w góry się nie zapuszczałem. Moim celem jest przejście od Morskiego Oka do Doliny Chochołowskiej z wejściem na Kasprowy i Giewont oraz odwiedzenie po drodze wszystkich 8 tatrzańskich schronisk. Taki mam plan, a co wyjdzie? Zobaczymy. Morskie Oko to jedna z najpopularniejszych atrakcji w polskich Tatrach. W okresie międzywojennym na trasie prowadzącej do jeziora organizowano rajdy samochodowe. Był też czas gdy po jeziorze pływano łodziami. Pierwsze schronisko w tym miejscu powstało 200 lat temu. Przyznanie przez międzynarodowy trybunał w 1902 r., w sporze z Węgrami, Morskiego Oka Polsce uczczono nawet zwrotką śpiewaną na melodię naszego hymnu: Jeszcze Polska nie zginęła/Wiwat Plemię lasze!/Słuszna sprawa górę wzięła/Morskie Oko nasze Były też pomysły zgoła groteskowe, jak ten, aby zlikwidować całkowicie schronisko i bufet a w ich miejsce wybudować budynek dyrekcji TPN z muzeum, placówką GOPR i kilkoma pokojami dla „swoich” gości. Rocznie odwiedza jezioro do 1,5 mln turystów, można więc przyjąć, że przeciętny Polak jest 2-3 razy w życiu nad Morskim Okiem. Zatrzymuję się na dłuższą chwilę przy schronisku, próbuję na maksa się napatrzeć na to wszystko. Aura na czwórkę, ale i tak widok cudowny. Ludzi przybywa a ja wyruszam w trasę na Szpiglasową Przełęcz. Najpierw las, potem kosodrzewina i wreszcie trawa typowa dla górskiej hali. Cały czas pod górę, często po kamiennych stopniach. Oj, odwykłem od łażenia w takim terenie. Nie należę dzisiaj do prymusów na tej trasie 😊. Wspinam się coraz wyżej, pode mną Morskie Oko, widzę próg Czarnego Stawu, a potem patrzę już z góry i na Morskie Oko i na Czarny Staw. Przede mną cały czas majestatyczny szczyt Mnicha (2068). Góry, prawdziwe góry. Na rozstaju czerwonego z żółtym robię krótki postój, zjadam kanapkę, kiedy ruszam dalej, zrywa się porywisty wiatr. Kurta i kaptur. Po jakiś 100 m dochodzę do wniosku, że to chyba nie ma sensu. Chwila zawahania i decyzja. Wracam. Idę kilkadziesiąt kroków. Jakoś głupio. Nie! Pójdę jednak w górę. Miałem rację, wiatr słabnie a i słońce zaczęło lepiej świecić. Na ostrodze szlaku moja dróżka staje się bardziej stroma i kamienista, czasami używam rąk. I nagle, „hallo, tak, to do pana”, wołają strażnicy z TPN. Okazuje się, że odbiłem ze szlaku. Nie ja pierwszy, bo jest tu trochę niedopałków. Oczywiście, nie ma afery i wracam na właściwą ścieżkę. Mozolnie pnę się do góry, trzeba uważać bo dróżka wąska a stok w paru miejscach jest urwisty. W końcu jestem u celu. Szpiglasowa Przełęcz (2110) to dobry punkt widokowy. Z jednej strony, pode mną, Dolina Pięciu Stawów i szkoda tylko, że chmury zasłaniają grań Orlej Perci. Z drugiej, za mną, widok na szczyty otaczające Morskie Oko i zamykający całą perspektywę Lodowy Szczyt (2627), który na przełomie 1938/39 przez 10 miesięcy należał do Polski i był najwyższym w naszym kraju. Super miejsce, jest na co popatrzeć. Powrót będzie tą samą drogą, nie chcę schodzić na drugą stronę przełęczy. Nie mam po prostu ochoty na żadne łańcuchy i stresujące ekspozycje. Choć dusza by chciała, liczy się jednak PESEL. Droga powrotna okazuje się ciekawym doświadczeniem. Piękna pogoda, mniejszy wysiłek, dobra widoczność i zupełnie inna perspektywa. Widzę Stawy Staszica u podnóża Mnicha, Wrota Chałbińskiego a cały czas przede mną w dole Czarny Staw, a po pewnym czasie i Morskie Oko. Przy schronisku zmiana traperów na łapcie i powrót na Włosienicę, skąd e-busem wracam do Zakopanego. Jak na pierwszy dzień, to całkiem nieźle.
Etap 02 03.09.2025 Dolina Roztoki 14 km
Uratowany etap. Wg planu chciałem dojechać e-busem do Włosienicy by stamtąd przez Morskie Oko i Świstową Kopę przejść do Doliny Pięciu Stawów a potem Doliną Roztoki dojść do Palenicy i busem wrócić do Zakopanego. Niestety, nad ranem sprawdzają się najgorsze prognozy. Za oknem leje i nie wiem do końca co robić. Z jednej strony mam wykupiony bilet na e-busa i trochę szkoda odpuścić. Poza tym od jutra mam porezerwowane noclegi w schroniskach i nie będę mógł już wrócić w tą okolicę. Z drugiej, co to za przyjemność pchać się w góry w taką pogodę. Biję się z myślami. I tak źle i tak niedobrze. W końcu decyzja. Jadę. 10 minut i w pelerynie idę na przystanek. Na miejscu zbiórki okazuje się, że na 19 wcześniej sprzedanych biletów wyzwanie podjęły cztery osoby, a 15 wolało nie ryzykować i pozostało w domu. Wysiadam z busa przy Wodogrzmotach Mickiewicza i tam rozpoczynam wędrówkę Doliną Roztoki. Pada i jest ślisko, ale można wytrzymać. Fajnie, że oprócz mnie na szlaku jest jeszcze kilka osób. Po godzinie przestaje padać, poprawia się widoczność i pogoda robi się całkiem całkiem. Trasa prowadzi lasem wzdłuż pięknego górskiego potoku, z biegiem czasu staje coraz bardziej wymagająca, ale i widoki są także ciekawsze. Pojawia się coraz więcej ludzi. Mozolnie gramolę się pod górę i zbliżam się do Siklawy, najwyższego w Polsce wodospadu. Atrakcyjne miejsce, choć podobno ilość spadającej wody nie jest obecnie jakaś rekordowa. Jeszcze trochę i jestem na brzegu Wielkiego Stawu Polskiego. Tu jest klimat, szkoda tylko, że chmury tworzą swoisty sufit na poziomie jakiś 1900 m i zasłaniają pobliskie szczyty. Idę koło strażnicówki TPN na Małym Stawem i dochodzę do schroniska nad Przednim Stawem. Tutaj robię sobie postój na herbatę z szarlotką. Schronisko jest położone najwyżej w polskich Tatrach. Pierwsze schronisko powstało w Dolinie Pięciu Stawów staraniem Towarzystwa Tatrzańskiego 150 lat temu nad Małym Stawem, obecne wybudowano w tym miejscu po II wojnie. Szkoda, że nie udało mi się zarezerwować tutaj noclegu, próbowałem od marca. Pewnie jakbym przyszedł pod wieczór, to bym i jakieś spanie wymusił, ale to nie w moim stylu. Miałem ochotę trochę połazić po całej dolinie, chciałem podejść żółtym pod Zamarłą Turnię, o której dużo poczytałem w internecie. Powstały o niej wiersze, powieści i filmy. Z tej strony znajduje się jej południowa ściana, słynne gładkie urwisko, do przejścia „zaledwie” 140 m, przez wiele lat uważana za nieosiągalną (pierwsze wejście w 1910), wielu zostawiło tu życie, wśród nich w 1929 roku utalentowane taterniczki siostry Skotnicówny (18 i 16 lat). Do historii przeszedł facet spoza taternickiego środowiska, poznański kupiec Jerzy Leporowski, który w 1927 zaliczył w ciągu 4 dni dwa wejścia, bez żadnej asekuracji, drugie tylko po to, aby zamknąć usta niedowiarkom. Niestety, Leporowski zginął rok później na Kozim Wierchu. Początkowo mam zamiar wracać trochę inną drogą, ale ponieważ widoczność jest bardzo zmienna, decyduję się na powrót znaną mi już trasą. No teraz turystów naprawdę robi się sporo, idę więc jakby trochę pod prąd. Od czasu do czasu chmury ustępują i wtedy mam okazję podziwiać w pełni otaczające mnie góry. Przy Wodogrzmotach zmieniam trapery na cichobiegi i ruszam asfaltem do Palenicy. Zaczyna się chmurzyć, kropić, padać a potem nieźle lać. W strugach deszczu wsiadam do busa i wracam na nocleg. Wykorzystałem dziś na maxa okno pogodowe. Mam radochę, że rano nie wymiękłem i najzwyklej w świecie nie odpuściłem.
Etap 03 04.09.2025 Palenica B. – Gęsia Szyja – Murowaniec 10 km
W nocy odczuwam skutki wczorajszej ulewy, jednak troszkę zmokłem i zaczyna mną telepać. Jak zwykle w takich sytuacjach zakładam ciepłe ciuchy, wypijam theratlu i pod kołdrę. Na szczęście jakoś się udało. Od dzisiaj mam porezerwowane już noclegi w schroniskach, zabieram więc plecak i definitywnie opuszczam moje lokum w Zakopanem. Zwykłym busem dojeżdżam do Palenicy i stamtąd, przy ładnej pogodzie, wyruszam niebieskim w kierunku Rusinowej Polany. Jest jak zwykle pod górkę i nie ukrywam, że idzie mi się dość ciężko. No cóż, trzeba to przeżyć, tym bardziej, że niedługo czeka mnie prawdziwa nagroda. Na Rusinowej Polanie jest już sporo ludzi i nic w tym dziwnego. Panorama Tatr jaka się z tego miejsca rozpościera jest naprawdę imponująca. I do tego jeszcze wspaniała pogoda i niczym nie zakłócona widoczność. Robię to co inni, spoko siadam na kamieniu i podziwiam. Przede mną galeria najwyższych tatrzańskich szczytów, mocne wrażenie. Widać, że polana ma duże branie wśród turystów. Prowadzi się tu kulturowy wypas owiec, jest bacówka ze sprzedażą tradycyjnych serów i panuje atmosfera prawdziwej sielanki. Jest jednak coś co mnie niepokoi. Są schody, którymi w tą i z powrotem podąża wiele osób. Tak, tak, to podejście na Gęsią Szyję. Mam ją w planie na dzisiaj. Niestety. Dobry kilometr, kilkaset stopni, no i cały czas mozolna wędrówka do góry. Człowiek marzy, aby wreszcie był koniec. Na górze tłoczno. Panuje opinia, że to jeden z najlepszych punktów widokowych w Tatrach. Ja nie zamierzam pchać się do „pierwszych rzędów”, wystarczy to co widzę na wejściu. Skalisty szczyt jest oblegany przez widzów, niektórzy zachowują się niefrasobliwie. Chwila oddechu i idę dalej, teraz w dół (miłe) zielonym, do Przełęczy Waksmundzkiej. Tam przerwa na małe co nieco. Myślałem, że dalej będzie już w miarę spokojnie. Okazuje się, że w Tatrach nie jest to takie oczywiste. Droga jest kręta, kamienista i do tego wystaje dużo korzeni. Gdy przychodzi lekki deszcz, sprawę dodatkowo komplikuje śliskie podłoże. Idę ostrożnie, ale jednego orła i tak wyciąłem. Na szczęście bez bolesnych konsekwencji. W każdym razie gdy dochodzę do Murowańca odczuwam wyraźną ulgę. Krótki etap a dostałem nieźle w kość. Kwaterka, solidny obiad (oczywiście z kwaśnicą), potkanie przed schroniskiem z oswojonym lisem i zasłużony odlot.
Etap 04 05.09.2025 Murowaniec – Czarny Staw – Kuźnice – Kalatówki 10 km
Zmieniam pierwotne plany. Będzie mniej ambitnie. Początkowy zamiar to wejście z Murowańca na Kasprowy Wierch, potem przez Przełęcz pod Kopą Kondracką i schronisko na Hali Kondratowej do górskiego hotelu na Kalatówkach a następnego dnia przez Giewont i Dolinę Kościeliską z nocką w schronisku Ornak. Pierwsze trzy dni dały mi nieźle w kość. Na dobrą sprawę po naszych Tatrach nie chodziłem od 45 lat a w innych górach alpejskiego typu ostatnio łaziłem 6 – 7 lat temu, gdy wędrowałem z Polski do Rzymu. Trochę odwykłem od tego mozolnego włażenia po kamiennych „schodach” i jeszcze bardziej męczącego stąpania w dół. Do tego prognoza pogody na jutro, to znaczy dzień, w którym planowałem zaliczenie Giewontu, zdecydowanie nieciekawa. Jest refleksja, że trzeba w temacie popracować i wrócić w Tatry w lepszej kondycji. Teraz nie zamierzam robić nic na siłę, można tylko się do tej całej zabawy zniechęcić, a nie o to przecież chodzi. Ma być miło i przyjemnie 😊. Wstaję wcześnie i bez plecaka wyruszam nad Czarny Staw Gąsienicowy. Idę jako jeden z pierwszych. Dobre pół godziny i mam niezłą ucztę. Super widoczność, siedzę na brzegu i mogę podziwiać piękno prawdziwych gór. Przede mną staw w otoczeniu charakterystycznych szczytów. Na wprost Zawrat i Kozi Wierch, to tam przebiega słynna Orla Perć, po lewej stronie wyróżnia się stroma piramida Kościelca. Pięknie, cudownie, wspaniale. Dzisiaj nie muszę się spieszyć i mogę pozostać tu dłuższą chwilę. Pozytywnie naładowany wracam do Murowańca. Po drodze udaje mi się wypatrzeć, znajdujący się nieopodal szlaku obelisk, który upamiętnia Mieczysława Karłowicza, uzdolnionego kompozytora, fotografika, jednego z pionierów polskiego taternictwa. Zginął w tym miejscu pod lawiną śnieżną w wieku 33 lat. Paradoksalnie, ta tragedia przyspieszyła realizację jego projektu zorganizowania Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Po powrocie do schroniska zjadam dobre śniadanie, zabieram plecak i w drogę. Słoneczna pogoda i przecudne widoki. Atmosferę sielanki zakłóca lądujący śmigłowiec służb ratowniczych. Przechodzę obok Betlejemki, kultowego ośrodka szkolenia taterników a potem kieruję się już w stronę Kuźnic. Wybieram wariant żółty, czyli przez Dolinę Jaworzynki. Piękna panorama okolic, widzę jak na dłoni Giewont, Kopę Kondracką, Kasprowy Wierch i Zakopane. Jest naprawdę pięknie, choć schodzenie w dół nie należy do przyjemnych. Ale co mają powiedzieć ci „nieszczęśnicy”, którzy mozolnie pną się właśnie do góry. Serdecznie im współczuję, część z nich nie jest pewnie świadoma, co czeka ich jeszcze na trasie. Dochodzę do dolnej stacji kolejki linowej na Kasprowy Wierch w Kuźnicach. Muszę powiedzieć, że miejsce robi bardzo pozytywne wrażenie. Wszystko zadbane i widać ruch w interesie. Oczywiście clou programu to kolej linowa, ale pakiet innych usług też imponujący. Jest dwupoziomowy węzeł komunikacyjny, postój tradycyjnych dorożek konnych, gastronomia i sklepy. Jest też i bardzo dużo turystów. Nawadniam organizm i odpoczywam dłużej w pobliżu pomnika kurierów tatrzańskich. Same Kuźnice mają dość ciekawą historię i można tu kilka rzeczy obejrzeć. To jednak zostawiam na jutro. Drogą brukowaną kocimi łbami ruszam na Kalatówki. I niespodzianka, w połowie trasy nastrojowe miejsce, zanurzony w lesie klasztor Albertynek. Powstał z inicjatywy Adama Chmielowskiego, znanego nam bardziej jako brat Albert. Chmielowski powstaniec 1863, malarz i w końcu opiekun bezdomnych, uzyskał od hr. Władysława Zamoyskiego, właściciela tych okolic, kawał terenu pod budowę klasztoru, gdzie zamieszkały niebawem siostry udzielające pomocy bezdomnym. Dziś można tu zwiedzić pustelnię brata Alberta, zaprojektowaną w stylu zakopiańskim, przez samego Stanisława Witkiewicza. Naprawdę miejsce warte odwiedzin. Jeszcze kilkaset metrów i jestem na Polanie Kalatówki. A tu prawdziwe klimaty, tzw. „wypas kulturowy” czyli stado owiec prowadzone przez psy i nieźle trafionego już juhasa 😊. Kalatówki to też zbudowany przed wojną w stylu alpejskim hotel górski a także widok wagonika kolejki linowej na Kasprowy. Te wszystko powstało z okazji organizowanego przed wojną w Zakopanem FIS-u. Mistrzostwa miały potwierdzić zarówno aspiracje jak i sprawność organizacyjną młodego Państwa. Sukces całego przedsięwzięcia to ogromna zasługa Aleksandra Bobkowskiego, ministra komunikacji, prezesa PZN, członka władz FIS i do tego prywatnie zięcia Prezydenta Mościckiego. Miał energię, pomysły, układy i co ważne, potrafił znakomicie to wykorzystać. Wybitna postać. Tak kończę udany etap. Jeszcze tylko porcja kwaśnicy, małe pranie i już leżenie bykiem do rana.
Etap 05 06.09.2025 Kalatówki – Zakopane i Kiry – Schronisko Ornak 12 km
Wypoczęty wychodzę rano z hotelu górskiego na Kalatówkach. Zgodnie z prognozą na zewnątrz mży i chyba dobrze zdecydowałem, aby dzisiaj nie pchać się w wysokie góry. Znaną mi już drogą z kocich łbów schodzę do Kuźnic i poświęcam trochę czasu tej części Zakopanego. Historia Kuźnic wiąże się z hutnictwem, którego rozwój osiągnął apogeum w połowie XIX w. oraz działalnością hrabiego Władysława Zamoyskiego, właściciela znacznej części polskich Tatr od 1889 roku. Wielki patriota, pasjonat, miłośnik tych okolic. To dzięki inicjatywie hrabiego Zamoyskiego polska delegacja na czele z prof. Oswaldem Balzerem uzyskała w trybunale w Grazu korzystny werdykt przekazujący okolice Morskiego Oka z Królestwa Węgier do Galicji i kończący wieloletni spór o ziemie tatrzańskie. Zamoyski przyczynił się do powstała linii kolejowej Chabówka – Zakopane i szosy do Zakopanego. W samych Kuźnicach, dzięki jego aktywności, powstały wodociągi miejskie i Szkoła Gospodyń, która obecnie służy za siedzibę Tatrzańskiego P.N. Przy drodze z Kuźnic pomnik autorstwa Władysława Hasiora, poświęcony 20 – 21 ofiarom niemieckiej egzekucji. Zastosowano terror zamiast śledztwa w sprawie zastrzelenia niemieckiego oficera, choć były mocne poszlaki aby sprawę rzetelnie wyjaśnić. Dalej do centrum przez Antałówkę. Tradycyjna zabudowa, Willa Palace (kiedyś zwiedzę, przed wojną top modernizmu i elegancji, potem katownia Gestapo, obecnie muzeum). Dochodzę do dworca gdzie kończę pierwszą część dzisiejszego odcinka. Dalej jadę busem do Kir. Tam kwaśnica na bogato (150 gr kapusty, 150 gr ziemniaków, 150 gr mięsa z żeberka). Wprowadzony w nastrój euforii ruszam w Dolinę Kościeliską. Dużo ludzi, słaba widoczność, mokro. Mijam uroczą kapliczkę na polanie Stare Kościelisko, nosi nazwę zbójnickiej, ale w rzeczywistości ufundowali ją górnicy kiedyś wydobywający w tej okolicy rudę żelaza. Generalnie pogoda nie sprzyja na lepsze poznanie doliny, na zaszycie się w którymś z jej wąwozów czy jakiejś jaskini. Nie poczułem dzisiaj ducha tej znanej doliny. Dochodzę do schroniska na Hali Ornak. Sympatyczna recepcjonistka, informuje mnie, że ze względu na mój PESEL otrzymuję 50 % zniżki. A jeżeli wpadnę za 10 lat, to nocleg będę miał całkiem gratis. Opadła mi szczęka. No cóż, czas leci, nawet nie spostrzegłem, kiedy zszedłem na „dziady” 😉. Kwaterka i proszę o klucz do salki Leona Lorii. Dowiedziałem się o jej istnieniu dzięki aktywności internetowej Wojciecha Szatkowskiego z Muzeum Tatrzańskiego (duży szacun!). W schroniskowej knajpie gwar i dużo gości a ja tuż za ścianą w samotności przenoszę jakieś 100 lat do tyłu. Ta izba wyposażona w eksponaty i sprzęty z tamtych lat przypomina historię nieistniejącego już legendarnego schroniska na Hali Pysznej. Hala zajmuje górne partie Doliny Kościeliskiej. Obecnie to zamknięty rezerwat pełniący rolę matecznika dziko żyjących tu niedźwiedzi, wilków i rysi. Ale kiedyś … To było Eldorado polskiego narciarstwa, miejsce wyjątkowe z niepowtarzalnym klimatem. Warunki ekstremalnie skromne, ale towarzystwo, pierwsza liga, same tuzy. Na ścianie fotografie największych herosów. Są twórcy TOPR-u, taternicy, kurierzy i olimpijczycy. Jest generał Zaruski, Klimek Bachleda i Józef Oppenheim, jest Leon Loria i Marusarzowie, są bracia Schiele, Aleksander Bobkowski i Wanda Gentil Tippenhauer. Są jeszcze inni, równie wyjątkowi. A że potrafili też świetnie się bawić i korzystać z życia. Przeglądam replikę zachowanej księgi pamiątkowej (oryginał w Muzeum Tatrzańskim). Oj działo się, działo 😊 Ta izba to wyjątkowe miejsce, prawdziwy wehikuł czasu. W ogóle całe schronisko Ornak ma swój klimat. Wieczorem koncert Tatranka Band. Jest nastrój, ludzie się wkręcają. Potem spontan, ale bez większej przesady.
Etap 06 07.09.2025 Schronisko Ornak – Polana Chochołowska – Witów 16 km
Rano chmury zawieszone dość nisko i nie ma co liczyć na jakieś super widoki. Szykuje się stosunkowo krótki etap. Mam rezerwację noclegu na Polanie Chochołowskiej, choć dopuszczam możliwość zmiany planu tj rezygnacji z tego miejsca i pójścia bliżej Zakopanego. Na początku mokrawo i trochę nieswojo, bo idę sam a pojawia się sporo informacji o aktywności niedźwiedzi (na Słowacji wypadek śmiertelny). Zaczynam podejście na Przełęcz Iwaniacką. Dawno temu już szedłem tą trasą. No cóż, teraz włazi mi się trochę ciężej 😊. PESEL prawdę ci powie. Ludzi coraz więcej. Gramolę się mozolnie, z przerwami na oddech. W końcu jest i przełęcz (1459), pogoda ok, ale widoczność jeszcze kiepska i w ogóle nie widać Kominiarskiego Wierchu. Z dawnych lat pamiętam, że był na pewno po prawej stronie. Teraz stąpanie w dół po kamienistych stopniach. Nie powiem, że to jest jakaś wyjątkowa frajda. Poprawia się widoczność i do tego pogoda rewelacja. Słonecznie i ciepło. Dochodzę do Doliny Chochołowskiej, w której można poruszać się nie tylko na rowerze, ale i w towarzystwie ulubionego czworonoga. Nic więc dziwnego, że w taką pogodę wali tu niezły tłum ludzi. W końcu malownicza Polana Chochołowska, owce, szałasy i widoki na Tatry Zachodnie. Landszaft pierwszej klasy. Z tym, że to się dzieje naprawdę i do tego czuje się tu człowiek jakoś tak swojsko, tak bardzo u siebie. Chciałbym kiedyś jeszcze trafić w to miejsce, przy takiej pogodzie, na wiosnę gdy na całej polanie zakwita kilka milionów krokusów (do 300 szt. na 1 m2). Zbaczam jakieś trzysta metrów z głównego szlaku, na wzgórek gdzie jest maleńka drewniana kaplica. Powstała podobno na potrzeby kręconego tu serialu „Janosik”. To właśnie tutaj często modlił się Karol Wojtyła gdy nie raz odwiedzał tą okolicę. Na pamiątkę jego wizyt wytyczono 10-kilometrowy szlak papieski. Z kapliczki idę do schroniska. Przede mną panorama Tatr Zachodnich. Widoczny jest Rakoń i Wołowiec. Pierwsze schronisko na polanie wybudował w 1932 roku Warszawski Klub Narciarski, zostało ono spalone pod koniec wojny przez Niemców. Obecne, uchodzące za największe w naszych Tatrach, powstało w latach 1951 – 1953. Zgłaszam rezygnację z noclegu, kupuję dużo picia i wcinam prawie całą paczkę kabanosów (dobre). Warto odnotować dwie tablice upamiętniające ważne epizody, jakie były związane z Polaną Chochołowską. Pierwszy miał miejsce w 1938 roku, kiedy to pojęto nieudaną próbę startu największego na świecie stratostatu „Gwiazda Polski”. Balon miał wznieść się 30 km nad powierzchnię ziemi. Niestety, halny zniweczył ambitne plany, doszło do niezłej katastrofy. Na szczęście bez ofiar. Próbę zamierzano powtórzyć następnego roku w Gorganach, ale wybuchła wojna. Drugi to brawurowa akcja 14 tatrzańskich ratowników w lutym 1945 roku, kiedy pod niemieckim ostrzałem udało się w ekstremalnych warunkach (2 m śniegu) przetransportować ze słowackiej strony kilkoro rannych partyzantów. Na kanwie tego zdarzenia powstał film Andrzeja Munka „Błękitny Krzyż”. Dalej wspaniała pogoda, schodzę w dół doliny, szałasy, stado owiec, potok i dolomitowe skały. Jedna z nich nosi imię Leopolda Kmietowicza, księdza, przywódcy powstania chochołowskich górali, które wybuchło w lutym 1846 i zostało stłumione po zaledwie dwóch dniach. Wreszcie Polana Huciska, tu bacówka z miejscowymi wyrobami i przystanek końcowy kolejki, którą można dojechać na Siwą Polanę. Ja z niej oczywiście nie korzystam i honorowo idę dalej pieszo. Tak docieram do końca doliny, tam odbijam by Drogą pod Reglami dotrzeć na nocleg w Witowie. Super dzień.
Etap 07 08.09.2025 Witów – Zakopane 10 km
Zapowiada się deszczowy poranek, wychodzę więc z pensjonatu opakowany w nową pelerynę. Stara, ważąca 80 dkg nie sprawdziła się w czasie ostatniej ulewy na Palenicy. Kupiłem nową „jednorazówkę” za 15 zetów. Po kwadransie okazuje się, że prognozy były zdecydowanie przesadzone, przebija się ładna pogoda i mogę zrezygnować z foliówki. Idę dobre 5 km Drogą pod Reglami. Atrakcyjny szlak spacerowy z widokiem na Butorowy Wierch i Gubałówkę, jak w sam raz na poranny rozruch. Dzisiaj zamierzam dojść do centrum Zakopanego przez Krzeptówki i ulicę Kościeliską. Na początek chata Sabały, którą oglądam z zewnątrz, na zwiedzanie nie mam jakoś specjalnej ochoty. W tej części miasta przeważa typowa zakopiańska zabudowa. Ma to swój urok, choć zdarza się, że czasami jakiś projektant trochę przeholował 😊. Kolejny postój to Sanktuarium na Krzeptówkach, popularne miejsce kultu, dwa miliony odwiedzających rocznie. Szczerze, to mam mieszane uczucia. Określam taką formę ostentacji w architekturze kościelnej jako styl Dziwisza. Zaczyna się Kościeliska, bodajże najbardziej zakopiańska ulica. Oryginalna dawna góralska architektura, chałupy sięgające II połowy XIX wieku. Na wielu tablice podkreślające przynależność do starych góralskich rodów. Wśród nich zagroda Gąsieniców Sobczaków, obecnie oddział Muzeum Tatrzańskiego i gospoda U Wnuków, gdzie zaliczam kolejną kwaśnicę. Dalej Liceum Plastyczne Antoniego Kenara, kontynuujące tradycje, założonej w 1876 r. przez Towarzystwo Tatrzańskie szkoły snycerskiej. To placówka o międzynarodowej renomie. Kto tu nie wykładał i kto nie był absolwentem tej szkoły. Temat wymaga głębszego zbadania i pewnie się nim zajmę przy okazji kolejnego pobytu w Zakopanem. No, i wreszcie gwóźdź programu, Willa Koliba. Miejsce wyjątkowe, które obowiązkowo trzeba odwiedzić. Uroczy zakątek, odseparowany zielenią od ulicznego zgiełku, z widokiem na pobliski Giewont. Wzorzec stylu zakopiańskiego, wybudowana wg projektu Stanisława Witkiewicza, głównego twórcy tego nurtu. Obecnie muzeum, gdzie oprócz biografii Witkiewicza można poznać całą ideę stworzenia polskiego stylu narodowego w budownictwie i sztuce użytkowej, opartego na tradycji górali podhalańskich. Styl zakopiański był w sumie tylko dwudziestoletnim epizodem w historii naszej architektury, ale pozostawił po sobie obiekty najwyższej próby, jak choćby dom „Pod Jedlami”, kaplica na Jaszczurówce czy też, już w murowanej wersji, gmach Muzeum Tatrzańskiego. Nawet się nie spostrzegłem, kiedy rozmieniłem w Kolibie dobrą godzinę. Pozytywnie doładowany idę dalej i już po chwili jestem w drugim niezwykłym miejscu. Nie należę do szczególnych miłośników zwiedzania nekropolii, ale cmentarz na Pęksowym Brzyzku to zupełnie coś innego, nie podlega tym ograniczeniom. Z jednej strony niewielki, skromny wiejski cmentarzyk, a z drugiej swoista kronika wielkiego wkładu, jaki ludzie związani z Zakopanem i Tatrami wnieśli w naszą kulturę i dziedzictwo. Dopiero tu widać, jak w jakiejś wielkiej soczewce, kumulację talentów, odwagi i entuzjazmu, która w ciągu ostatnich dwóch stuleci nastąpiła w Zakopanem. Nie ma możliwości wymienić wszystkich, nie wypada też wspomnieć tylko niektórych. Cała plejada wielkich indywidualności, olimpijczycy, literaci, taternicy, ratownicy, artyści, lekarze, żołnierze, księża i społecznicy. Mianownik, który ich wszystkich łączy to fascynacja Tatrami i wielkie oddanie sprawom Ojczyzny. Spędzam godzinę w miejscu pełnym uroku i czuję tu taką specyficzną bliskość. Potem już do hotelu, małe zakupy i zaczyna padać. Koniec tygodnia w Tatrach. Jestem zadowolony. Trochę zredukowałem plany i w paru miejscach nie byłem. Nie dotarłem do dwóch schroniskach, odpuściłem Kasprowy i Giewont. Marzą mi się Czerwone Wierchy i Wołowiec. Chciałbym też odwiedzić wystawę w Willi Palace i Muzeum Władysława Hasiora. Jest tego jeszcze sporo, trzeba więc tu wrócić. W trochę lepszej kondycji 😊.
Beskid Śląski 01 – 06.10.2025 103 km
Etap 01 01.10.2025 Kubalonka – Ustroń 29 km
Etap 02 02.10.2025 Ustroń – Stożek Mały 11 km
Etap 03 03.10.2025 Stożek Mały – Koniaków 14 km
Etap 04 04.10.2025 Koniaków – Schronisko na Przysłopie 11 km
Etap 05 05.10.2025 Schronisko na Przysłopie – Szczyrk 18 km
Etap 06 06.10.2025 Szczyrk – Bielsko Biała 20 km
Etap 01 01.10.2025 Kubalonka – Ustroń 29 km
W przeddzień, z przygodami (komunikacja zastępcza) docieram do Ustronia. Po drodze korzystając z przymusowej okazji robię sobie postój w Goczałkowicach, byłem tu jakieś półtora roku temu (trasa Katowice – Cieszyn). I wyszło super. Okazuje się, że jest już czynna dawna pijalnia wód. Maleńka i pełna uroku, taka wisienka na torcie. Po remoncie wróciła do swej pierwotnej funkcji i można tu skosztować wody mineralnej ze … Szczawnicy. Tak, Goczałkowice nie mają własnych źródeł i muszą lecznicze wody sprowadzać. W Ustroniu spacer 8 km. Nigdy nie miałem okazji tu być i chcę trochę poznać to miasto. Pogoda taka sobie, pochmurnie i chłodno, z przelotnym deszczem. Idzie jednak wytrzymać. Tradycje Ustronia to hutnictwo i przemysł metalowy, ale przy okazji wytopu rud żelaza, rozwinęły się kąpiele żużlowe, które w połączeniu z leczeniem żętycą, dały w XIX wieku początek działalności uzdrowiskowej. Prawdziwy boom Ustroń zawdzięcza jednak wojewodzie Jerzemu Ziętkowi. „Jorg”, bo taką ksywę miał gen.Ziętek, był postacią kontrowersyjną, do dziś wzbudzającą na Górnym Śląsku ogromne emocje. Dla jednych komuch, dla drugich świetny gospodarz i osoba wybitnie zasłużona dla Katowic jak i całego regionu. Co by o nim nie sądzić, to niezbitym jest fakt, że przyczynił się on walnie do rozwoju miasta. Kiedy powstawał ROW (Rybnicki Okręg Węglowy), opracowano kompleksowy plan zagospodarowania Beskidu Śląskiego, który miał stanowić jego zaplecze uzdrowiskowo – rekreacyjne. I tak Ustroń miał przypisaną rehabilitację i lecznictwo, Brenna – lecznictwo dzieci, Wisła – rekreację i sport powszechny a Szczyrk sport wyczynowy. I trzeba przyznać, że mieli rozmach. Wybudowano duże centrum sanatoryjne „Równica” oraz 16 (z planowanych 28) charakterystycznych piramid. Dużo zieleni, główna ulica, trochę przypominająca deptak z licznymi knajpami i sklepikami. Widać ruch w interesie. Po drugiej stronie Wisły, która w tej okolicy jest jeszcze niedużą górską rzeką, stara część Ustronia. Zwraca uwagę ratusz i rynek ze sceną. Pomnik za ratuszem oraz tablice na Muzeum Ustrońskim przypominają tragiczne karty historii miasta. Obecnie nie uświadamiamy sobie, że te tereny przed II wojną stanowiły polskie Kresy Zachodnie i bardzo szybko wielu tutejszych Polaków doświadczyło tradycyjnej niemieckiej rycerskości. Dla jasności, w Katyniu mieszkańcy Ustronia też byli mordowani. Dalej d. park kuracyjny z amfiteatrem i tężnią a potem ścieżką rowerową wzdłuż Wisły na nocleg, który mam zarezerwowany na dwa dni w pobliżu dolnej stacji kolejki na Czantorię. Zupełnie niezły początek. Rano pogoda zgodna z prognozą. Ciemno, deszczowo i chłodno. Dziś etap zaczynam „od końca”, jadę więc autobusem na Kubalonkę i stamtąd dojdę pieszo do Ustronia. Trochę kropi i ciągnie po plecach, ale trudno. Na starcie drewniany kościółek z XVII w. Został przeniesiony tu kiedyś z okolic Gliwic, obecnie w remoncie i wiele się nie naoglądałem. Potem centrum pediatrii na Kubalonce. Wchodzę nieśmiało na teren, by później już bez krępacji nieźle się po całym obiekcie, oczywiście od zewnątrz, pokręcić. Szpital powstał przed wojną, w tamtych czasach absolutny hit. Lokalizacja, rozmach i rozwiązania architektoniczne odpowiadające wszelkim potrzebom małych pacjentów. Takie obiekty powinny być dopisywane do listy pomników historii i propagowane jako świadectwa naszych osiągnięć. Niestety, nie raz wyróżniamy miejsca, które oczywiście posiadają dużą wartość, ale prawdę mówiąc niewiele mają wspólnego z naszą historią. No cóż „cudze chwalicie, swego nie znacie …”. Zziębnięty, w lekkim deszczu, na przydrożnym straganie kupuję gorącą herbatę i dwa małe oscypki. Dalej w dół, wąska asfaltowa droga wijąca się w pięknym bukowym lesie. Przestaje padać. Zakaz używania dronów. To znak, że zbliżam się do jednej z rezydencji Prezydenta RP. Ta w Wiśle, w formie modernistycznego zameczku, projektu Adolfa Szyszko – Bohusza, jako dar Ślązaków, miała być symbolem jedności Śląska z Polską. Dałem ciała, na miejscu okazało się, że rezydencję można zwiedzić, pod warunkiem wcześniejszego zapisu. Na pewno tu wrócę. Schodzę do położonego niżej zamku dolnego. Tam hotel, kawiarnia i taras z widokiem na zalew. Znowu siąpi, więc wchodzę do środa. Gorąca czekolada i sernik. Jest jeden problem, wszystkie stoliki w kawiarni okupuje wycieczka szkolna, oczekująca na zwiedzanie zameczku górnego. No cóż, pełna demokracja, dzieci bez żadnych kompleksów, luz jak w Mc Donaldzie. Chyba w sumie to dobrze, ale czemu ja (potem i inni dorośli) musiałem się wbijać do jakiejś salki bilardowej? Idę dalej w dół, najpierw mijam tamę na Wiśle, potem habsburską osadę gospodarczą i na koniec dochodzę do Ochorowiczówki. Oficjalna nazwa to Muzeum Magicznego Realizmu. Julian Ochorowicz to nie tylko szkolny kolega Bolesława Prusa i przy okazji pierwowzór Ochockiego z „Lalki”. To człowiek wielu talentów, który swoimi śmiałymi teoriami i wynalazkami technicznymi wyprzedzał swoją epokę. Propagator i teoretyk pozytywizmu. Nie doceniany nad Wisłą, uznanie znalazł w Paryżu. Opatentował mikrofon i telefon magnetyczny, stworzył podwaliny pod rozwój telewizji. Podobno uratował przed rozbiórką samą wieżę Eiffla, instalując na niej telegraf dalekiego zasięgu. Odkrył i rozsławił Wisłę jako miejscowość letniskową. Sam uważał siebie przede wszystkim za psychologa i ostatecznie tej dziedzinie się poświęcił. Uważany jest za twórcę psychologii eksperymentalnej. Prowadził doświadczenia w zakresie hipnozy i telepatii. Dalej do samego centrum miasta. Po drodze jeszcze pomnik źródeł rzeki Wisły. Odsłonięty w 1937, zniszczony przez szwabów w czasie okupacji, odsłonięty ponownie w 2014. Zaglądam do Starej Karczmy, gdzie tradycyjnie zaliczam kwaśnicę (dobra) i głównym deptakiem dochodzę do pałacyku myśliwskiego Habsburgów, który został przeniesiony tu z polany pod Przysłopem. Potem jeszcze 7 km wzdłuż Wisły do kwatery na obrzeżach Ustronia. Jestem już trochę zmęczony, ale na pewno nie żałuję. Przeciwnie mam satysfakcję, że mimo kiepskiej pogody, nie odpuściłem i zaliczyłem w sumie bardzo ciekawy etap.
Etap 02 02.10.2025 Ustroń – Stożek Mały 11 km
Wychodzę o 9:00. Pogoda ok. Idę na Czantorię czerwonym. Żmudna robota, cały czas ostro pod górę. Najpierw wzdłuż orczyka, a potem w okolicach kanapy na Stokłosicę. Dość, że ciągle w górę, to jeszcze kijowe podłoże, luźne kamienie obsuwają się pod stopami. Niecierpliwie odliczam każdy metr. Fakt, że w miarę nabierania wysokości mam coraz ładniejsze widoki. Przede mną rozległa panorama, ale nie ma co ukrywać, to nie jest przyjemny odcinek. Bukowym lasem docieram do końcowej stacji kolejki. Teraz zasłużony postój, herbata i możliwość popatrzenia na okolicę m.in. na „piramidy” w Ustroniu. Wzmaga się zimny wiatr, czapka na uszy i rękawiczki. Ruszam dalej, już na samą Czantorię. Pod moimi stopami dalej rumosz, ale idzie się tu już jednak lepiej. Nie jest tak stromo jak na poprzednim odcinku. Jestem na samym szczycie. Niestety lekka mgła i słaba widoczność. Zamawiam herbatę i frytki i spoko czekam aż trochę odpuści. I rzeczywiście, widoczność się poprawia. Wdrapuję się na czeską wieżę widokową. Nie lubię takich ażurowych konstrukcji z metalu, po prostu odczuwam na nich jakiś dyskomfort. Widok dzisiaj średni, nie powiem aby było to jakieś wyjątkowe przeżycie. Ruszam dalej, zejście z Czantorii nie należy również do szczególnych przyjemności. Fakt, że ładny las, ale znowu stromo w dół i do tego ten cholerny rumosz. Ale ale, pogoda coraz ładniejsza, wychodzi słońce a w okolicach przełęczy Beskidek trasa zdecydowanie się wypłaszcza. Powiem, że zaczyna robić się zupełnie przyjemnie. Teraz prawdziwe widoki, Beskidy jak na dłoni, można analizować gdzie znajdują się poszczególne szczyty. Nastrój mojej euforii wzmacnia wizyta w schronisku na Soszowie. Właśnie o takie miejsca w górach naprawdę nam chodzi. Tradycyjna architektura, prawie sto lat historii i do tego luźna turystyczna atmosfera. Jeszcze na dodatek dobre pierogi i herbata z sokiem malinowym. Jest jeden minus w tym miejscu. Chciałem tutaj zarezerwować nocleg. Niestety, nie udało mi się dodzwonić. Może zabrakło mojej determinacji a może jednak coś powinno się zmienić. Osobiście idąc w góry nie lubię improwizować z noclegiem. Jeszcze niewielkie podejścia na Soszów Wielki i Cieślar, jeszcze oryginalny kamień pogodowy i w bajkowej scenerii schodzę na spanie do chaty Cieślarówka. Tu czeka mnie trochę emocji, bowiem muszę znaleźć klucz do drzwi wejściowych. Wskazówki otrzymałem od gospodyni telefonicznie. Zeszło parę minut, ale w końcu się dostałem. Piękna końcówka etapu, który miał mało ciekawy początek.
Etap 03 03.10.2025 Stożek Mały – Koniaków 14 km
Miałem obawy, że w nocy mogę zmarznąć i faktycznie na dworze temperatura spadła do minus pięciu. Na szczęście pod wieczór odwiedziła mnie gospodyni i solidnie dołożyła do centralnego. Okazało się, że drewniana konstrukcja domu pozwoliła na zachowanie przyzwoitej ciepłoty przez całą noc. Od rana słonecznie. Cały dzień będzie taki, czasami tylko wystąpią podmuchy zimnego powietrza. Na początku etapu płasko, potem już dość ostro pod górę, ale całe podejście na Stożek Wielki nie trwa zbyt długo. Przy schronisku roztacza się piękna panorama na beskidzkie pasma. Mam przed sobą Baranią Górę i Skrzyczne, widzę Klimczok i Równicę. A więc praktycznie komplet. Schronisko na Stożku wybudowano w 1922 i jest ono najstarszym nieprzerwanie działającym „polskim” schroniskiem w Beskidzie Śląskim. Starsze obiekty powstawały z inicjatywy niemieckiego Beskidenverein, w tym najbardziej wiekowe na Szyndzielni w 1897. Wchodzę do środka, herbata i krótki odpoczynek. Ruszam dalej, przyjemna trasa, jest trochę błota, ale nie ma praktycznie rumoszu, prawie płasko, malownicze skałki i cały czas piękne widoki. Przede mną pełna panorama Beskidu Śląskiego od Czantorii po Baranią. Jest super, tak można chodzić po górach. Mijam Kiczory (989) i zaczynam powoli schodzić w dół. Leśną ścieżką docieram do słonecznej polany Dupny a potem obchodzę Młodą Górę. W przysiółku Suszki przechodzę przez Olzę i idę pod górkę do centrum Istebnej. Istebna to duża wieś (5 tys.), tworzy z Koniakowem i Jaworzynką gminę nazywaną Trójwieś Beskidzka. Robię postój na miejscowym „rynku”. To ładnie utrzymany plac, na którym od zawsze koncentrowało się życie mieszkańców Istebnej. Jest tu kościół, ośrodek kultury, są sklepy i zadrzewiony skwer. Zwracam uwagę na pomniki działacza narodowego Pawła Stalmacha i Jerzego Kukuczki wybitnego alpinisty. Kukuczka był bardzo związany z tą okolicą, stąd wywodziła się jego rodzina. W przysiółku Wilcze znajduje się dom, w którym często przebywał a obecnie mieści się tam poświęcona mu izba pamięci. Kilka lat temu miałem okazję odwiedzić to miejsce i posłuchać wspomnień jego żony pani Cecylii. Po chwili odpoczynku idę na przykościelny cmentarz, tam bowiem znajduje się mogiła ofiar niemieckiego mordu dokonanego13 kwietnia 1945. Była to ostatnia masową egzekucja na Śląsku Cieszyńskim. Pod koniec wojny w okolicy pojawili się Rosjanie. Mieszkańcy Istebnej spodziewając się rychłego wyzwolenia aresztowali niemieckich urzędników. Niestety, ofensywa Rosjan utknęła a do Istebnej powrócili Niemcy. Nastąpił krwawy odwet. Robię zakupy i wchodzę posilić się do karczmy U Ujca, która działa tu już od 1920 r. Gospoda przez wiele lat była najważniejszym miejscem życia publicznego Istebnej, tu odbywały się wszelkie zebrania, zajęcia oświatowe i działała biblioteka. Po drodze na nocleg w Koniakowie mijam jeszcze remontowaną od zewnątrz Chatę Kawuloka. Nawet nie sprawdzam, czy jest możliwość wejścia do środka. Innym razem, na dzisiaj już wystarczy.
Etap 04 04.10.2025 Koniaków – Schronisko na Przysłopie 11 km
Etap krótki. Cały dzień super pogoda. Wychodzę przed 9:00, mam sporo czasu i nie muszę się spieszyć. Idę do „centrum” Koniakowa, które miałem już okazję wcześniej dwa razy odwiedzić. Do takich miejsc warto wracać. W Chacie na Szańcach nic nowego, odbyłem trzecią już rozmowę z facetem od trombity i koronek. Twierdzi, że od 27 lat codziennie pod wieczór gra kwadrans na instrumencie i dźwięk jego trombity wypełnia całą okolicę. Fajna już tradycja, która dodaje kolorytu miejscowości. Zaskoczenie spotyka mnie natomiast w centrum pasterskim. Do tej pory miałem zakonotowane, że to tylko sklep z oscypkami i gadżetami góralskimi. Oczywiście zakupy zrobiłem. Spróbowałem i oscypków i bundzu w wersji wędzonej i nie. Natomiast tym razem odkryłem, że za stylową chałupą, gdzie mieści się sklep jest jeszcze drugi drewniany budynek, chyba postawiony niedawno. Warto tam zajrzeć. Na parterze okólnik ze stadkiem małych owiec. Po prostu urocze. I do tego jeszcze zapach siana. Starego to wszystko rusza, a co dopiero muszą czuć tutaj dzieci. Na poddaszu wystawa poświęcona pasterstwu. Dowiedziałem się, że gospodarz a raczej baca Piotr Kohut, w którymś momencie „nawrócił się”, docenił wartość tradycji i obecnie aktywnie popularyzuje pasterskie zwyczaje. Tak się robi prawdziwą turystykę a przy okazji też i konkretne pieniądze. I wcale nie trzeba robić tego nachalnie, wszystko przeliczając wyłącznie na dutki. Opuszczam Koniaków pozytywnie naładowany. Idę lokalną drogą w dół, w kierunku mostu na Olzie. Naokoło piękne obrazki, jest miło a mój dobry nastrój potęguje jeszcze wspaniała pogoda. W końcu docieram do Olzy i robię sobie przerwę. Na krzyżówce zwraca moją uwagę stary zaniedbany budynek, wygląda, że w trakcie remontu. Przypomina dawne schronisko. I wiele się nie mylę. Przed II wojną był to ośrodek przysposobienia obronnego dla kobiet, potem schronisko szkolne „Zaolzianka”. Teraz trwa podobno konflikt, prywatny inwestor chce obiekt rozebrać, „patrioci”, i chyba konserwator, są przeciw. Ja jestem przeciw. Od tego miejsca moja trasa prowadzi już cały czas pod górę, ale muszę przyznać, że oprócz nielicznych i krótkich odcinków szlak jest naprawdę rekreacyjny. Po prostu masełko. Z prawej strony towarzyszy mi ciągle, górująca nad Koniakowem, Ochodzita (895). Dopiero z tej perspektywy zauważam jak wyróżniający się to szczyt w tej części Beskidu Śląskiego. Generalnie to ładnie tu mają, południowy stok, dużo słońca, łąki. Sielanka. Widać też, że jest trochę chętnych na pobyt w tej okolicy. Potem już las i spokojne dojście do schroniska pod Przysłopem. Muszę rozmienić jakieś dwie godziny, jestem za wcześnie (kwaterują od 16:30). Najpierw postój przy leśniczówce, a potem dłuższa wizyta w znajdującym się obok schroniska muzeum turystycznym, gdzie ucinam sobie pogawędkę z opiekunem wystawy. W barze zjadam kwaśnicę (nieszczególna) i mogę się wreszcie zakwaterować. Schronisko nie robi na mnie specjalnego wrażenia. Nie ma tu klimatu (vide Soszów). Taka baza turystyczna z lat 60/70 XX wieku. Dzisiaj był luz i bardzo sympatyczny etap. Jutro planuję dojść grzbietem do Szczyrku, będzie dłużej, ciężej i przy znacznie gorszej pogodzie.
Etap 05 05.10.2025 Schronisko na Przysłopie – Szczyrk 18 km
Do etapu podchodzę z respektem. Wychodzę przed siódmą. Opuszczam schronisko bez żalu. Dla mnie, to taka duża noclegownia. Zgodnie z prognozą zmiana pogody. Pochmurnie, chłodno i czuję wilgoć. Dzisiaj będzie dyscyplina wędrówki i muszę trzymać się harmonogramu. Pierwszy cel to Barania Góra. Zaczyna się dość stromo i kamieniście, ale ku mojemu zdziwieniu, czym wyżej tym łatwiej. Pojawia się piaszczysta nawierzchnia, od czasu do czasu też dylowanka, zupełnie fajna ścieżka i do tego bez jakiś ostrych podejść. Słaba widoczność, jest trochę błota, ale w sumie idzie się ok. Jestem zupełnie sam i mam nadzieję, że nie będę miał okazji spotkać tu jakiegoś rysia, który jak wynika z przydrożnych plansz lubi tą część Beskidów. Jest i Barania z charakterystyczną metalową wieżą. Poszło znacznie łatwiej niż zakładałem. Niestety, naoglądać to się dzisiaj tu nie naoglądam. Widoków zero. Swoją uwagę zwracam na tablicę upamiętniającą oddział kpt.Henryka Flame „Bartka”, który po wojnie stacjonował na stokach Baraniej i przeprowadzał brawurowe akcje, z tą najbardziej znaną tzn zajęciem 3 maja 1946 uzdrowiska Wisła i organizacją na oczach sterroryzowanych komunistów defilady umundurowanych żołnierzy NSZ. Następny cel Magurka Wiślańska (1140). Kamieniste zejście z Baraniej, potem łagodny odcinek i znów mniej przyjemnie, po kamieniach pod górę. I tak już będzie na całej trasie, w górę, w dół i znowu góra i znowu dół. Wygodna ścieżka i znowu kamienie. Przed 9:00 robi się okno pogodowe i mam okazję aby zobaczyć Skrzyczne oraz Zalew Żywiecki. Szczęście nie trwa jedna długo, okienko z obrazami zostaje wkrótce zamknięte. Pierwszego turystę spotkałem po 5 km, na rozstaju czerwonego i zielonego szlaku, kolejnych dopiero w miarę zbliżania się do Malinowskiej Skały. Szału nie ma, bo widoczność jest taka jak każdy widzi 😊, ale też nie trzeba za bardzo narzekać. Nie pada, nie wieje i w sumie nie jest zimno. Jest trochę ludzi, ciągną do Malinowskiej Skały aby zrobić pamiątkowe zdjęcie. Ja podążam w kierunku Małego Skrzycznego, przechodzę koło górnej stacji kolejki. Minimalna poprawa widoczności, widzę Skrzyczne. No Baraniej, za moimi plecami, dzisiaj nie zobaczę. Na Skrzycznem fotka przy pomniku żaby. Podobno kiedyś tu żyło ich wiele i nazwa szczytu pochodzi od żabiego rechotu. Schodzę do schroniska i o dziwo, nie mam ochoty się tu zatrzymać, choćby na tradycyjną herbatę. Walę jak najszybciej do Szczyrku, tam sobie wyluzuję i trochę pozwiedzam. No i wyluzowałem. Zostało mi do kwatery 5,5 km, z tego na początek 4 km zejścia niebieskim ze Skrzycznego. Tragedia. Spadek 20%, rumosz pod stopami, dwie godziny „na ręcznym”. Nie pamiętam, czy kiedyś dostałem w górach tak w dupę przy schodzeniu. Szlak poprowadzony bez wyobraźni, za stromy i bez przerwy upierdliwy. Masakra. Nie mam siły patrzeć na górujący po przeciwnej stronie nad Szczyrkiem szczyt Klimczoka, nie zwracam uwagi na pośrednią stację kolejki na Jaworzynie. Mam tylko jeden cel, dojść do ulicy. Pomimo takiej sobie pogody, etap był spoko, ale jego końcówka jest naprawdę beznadziejna. W Szczyrku tylko sklep i kwaterka. Koniec.
Etap 06 06.10.2025 Szczyrk – Bielsko Biała 20 km
Po wczorajszych przygodach jestem ostrożny w planowaniu dzisiejszego etapu. Na początku czeka mnie ostre podejście na Klimczok. Daję sobie na to 3 godziny, zamierzam iść spokojnie, tak żeby się na wstępie nie ugotować. Drugi problem, to kwestia zejścia do BB. Nie ma głupich, dziś będę schodził czerwonym, jest najdłuższy, ale najwygodniejszy. Wieczorem obawiałem się trochę o swoje kolana, które wczoraj mocno dostały, jednak po odpoczynku jest wszystko ok. Wychodzę o 7:00, kupuję picie i rozpoczynam wędrówkę pod górę. Pierwszy cel to hotel Mercure, podobno najdłuższy w Europie. W każdym razie niezły giguś, 400 pokoi i możliwość recepcji 1000 gości. Chwilę później mały postój przy sanktuarium maryjnym. Ładne miejsce z widokiem na Skrzyczne. Dalej spokojnie, krok po kroku, pod górę. Pogoda bez rewelacji, ale na razie nie pada, widoczność taka sobie. Myślałem, że będzie gorzej. Na krzyżówce Pięciu Dróg wybieram, a jakże 😊, wariant dłuższy, ale z łagodniejszym podejściem. Na górze nieciekawie, mgliście i zaczyna kropić. Wchodzę do schroniska na Klimczoku i jestem jedynym i zapewne pierwszym gościem. Mam dylemat, które ciasto wybrać; sernik, szarlotka, czy ze śliwką. Za poradą pań z bufetu wybieram to ze śliwką. Nie jestem łasuchem i słodycze jadam rzadko a na co dzień nie kupuję ich w ogóle, ale ten kawałek ciasta może wpłynąć na zmianę mych nawyków. Teraz już wiem, po co tak mozolnie właziłem tu przez dobre dwie godziny. Pychota. Niestety, za chwilę wracam do deszczowej rzeczywistości. Peleryna i ruszam na szczyt Klimczoka. Po drodze zatrzymuję się przez kilka minut przy Chatce na Klimczoku, czyli miejscu gdzie turyści przynoszą kamienie z całego świata. Na szczycie mgła i deszcz, widoków brak. Idę na Szyndzielnię i teraz naprawdę żałuję, że dziś jest taka pogoda. Piękna ścieżka biegnąca grzbietem łączącym Szyndzielnię z Klimczokiem. Tylko podziwiać wspaniałe beskidzkie panoramy. Jest jeden szkopuł, widoczność na kilkadziesiąt metrów. Naprawdę szkoda, jestem pewien, że przy słonecznej pogodzie to musi być super atrakcyjna trasa. Zbliżam się do schroniska na Szyndzielni. Spotykam grupę młodzieży i nachodzi mnie refleksja, że też tu byłem na pierwszej wycieczce w ogólniaku, 54 lata temu. W schronisku herbata i szarlotka na ciepło a potem, już bez peleryny, wygodną drogą poprowadzoną w liściastym lesie, dochodzę do dawnego schroniska na Dębowcu. Obecnie to knajpa, choć mają podobno wrócić też do noclegów. Widok z góry na Bielsko, knedle ze śliwkami i przy coraz lepszej pogodzie idę wzdłuż rzeki Białej w stronę centrum. Po drodze zatrzymuję się przy Cavatina Hall, supernowoczesnym futurystycznym budynku, który łączy funkcje sali koncertowej z przestrzenią biurową. Zahaczam o jedno z moich ulubionych miejsc w Bielsku, kwartał w rejonie Bohaterów Warszawy. Wybudowany w latach 30-tych XX w., w stylu późnego funkcjonalizmu jednolity kompleks, powstał na miejscu rozparcelowanego dawnego parku zamkowego Sułkowskich. Przed 1939 nie zabudowano wszystkich działek i po wojnie w niektórych miejscach wstawiono plomby. Pomimo, że nigdy nie zrealizowano w pełni całego projektu, to i tak jest to wyjątkowy zespół kamienic z okresu międzywojennego w skali kraju. Kiedy dochodzę do zamku pada a za moment niemiłosiernie leje. Peleryna, i w strugach deszczu idę ul. Mickiewicza w kierunku do dworca. Następnym razem, przy lepszej pogodzie wrócę na tą ulicę. Dziś bez blasku, ale jest tu duży potencjał, po rewitalizacji będzie to jedna z wizytówek miasta. Zabytkowy dworzec i powrót do domu. Minął ciekawy tydzień w Beskidzie Śląskim. Kolejny raz przekonałem się, że Śląsk Cieszyński to absolutnie polska ekstraklasa.

